Z podróży. Gomera, cz. VII
 


San Sebastian de La Gomera. Prawda, że pięknie brzmi? Jesteśmy w stolicy Gomery drugi raz i za każdym razem przedłużamy nasz pobyt, ile tylko się da. Gomera przypadła nam - przynajmniej na razie - najbardziej do gustu. Możliwe, że jakiś wpływ miały na to warunki pogodowe, które skutecznie pogoniły nas z La Palmy. Wpłynęliśmy tam późną nocą i do rana nie zmrużyliśmy spokojnie oka. Przy wietrze nie większym niż trójeczka w skali B martwa fala - nie wiadomo w jaki sposób - pokonywała różnie ukierunkowane trzy falochrony i czyniła straszne spustoszenia wśród cumujących jachtów. Dlatego też rano zrobiliśmy szybkie zakupy, zatankowaliśmy paliwo i bez żalu - oglądając La Palmę tylko z wody - skierowaliśmy się z powrotem na Gomerę. Zarówno droga na, jak i z La Palmy była koszmarem. Czegoś podobnego jeszcze nie przeszedłem. Nasz jesienny Bałtyk czy też Północne, cieśnina Pentland, czy Biskaje to mały pikuś. Wyobraźcie sobie jazdę pod cztero metrową falę (a czasami większą) z NE z wierzchołków których zrywają się bryzgi wody. Do tego przynajmniej trzy metrowy swell z kierunku SE. Oczywiście prąd (nie wiadomo dlaczego) z SW. A to wszystko przy wietrze od 0 do 3. Teraz trzeba się wsłuchać w strzelające na przemian (grot i fok) żagle z taką siłą, że wydaje się, iż lada chwila wyskoczą z ramek. Oczywiście wówczas idę na dziób i na pokładzie, który ucieka spod nóg w najmniej oczekiwanym momencie i kierunku zrzucam żagle. Silnik daje nam w tych warunkach zaledwie (średnio) 1,5 węzła. Dlatego przy jakimkolwiek podmuchu biegnę na dziób i stawiam żagle. Z nadzieją łapię każdy podmuch, ale średnio po 20 minutach znowu zero i żagle znów "strzelają" na rozfalowanym morzu. I tak na zmianę. Nie jestem w stanie powiedzieć, ile razy na zmianę stawiałem i zrzucałem "szmaty". Wiem tylko, że dłonie miałem tak spuchnięte, iż nie mogłem ich zacisnąć w pieść. Do tego jeszcze zacinające się stopery (niby lewmarowskie), korby, których nie można wyjąć z kabestanu (też lewmar...) itp.
Tak wyglądało 16 godzin (ok. 40 mil) z Vueltas na Gomerze do Santa Cruz na La Palmie. Potem opisane już wyżej kiwanie całonocne w marinie i powrotne 16 godzin (znowu tylko 40 mil) na Gomerę. Obiecalismy sobie z Ewunią, że dobrowolnie nikt nas nie zmusi do odwiedzenia La Palmy. Postanowiliśmy nawet, że dobrowolnie nie ruszymy się poza zachodnie wybrzeże Gomery. Wyspa nie za duża, bardziej zielona niż pozostałe, z ciekawie ukształtowaną linią brzegową. W malowniczych zatokach liczne i ładne kotwicowiska, z których wielokrotnie korzystaliśmy. Nie chcę wcale przekonywać Was do zalet tej wyspy. Po prostu nam najbardziej odpowiada i to pod każdym względem. Poza tym właśnie na wodach wokół Gomery pierwszy raz zobaczyliśmy stado wielorybów. Zobaczyliśmy, to mało powiedziane. Dobre dwie godziny - a może i więcej - kręciliśmy się Karfim w środku stada. Walenie w ogóle się nas nie bały. Tak jakby nas zaakceptowały, a może rzeczywiście wzięły nas za swojego? Widok piękny, a wrażenia z obcowania z tak wielkim zwierzęciem niezapomniane.
Mam wiele wątpliwości co do samego żeglowania po wodach archipelagu. No cóż, powinienem zachwalać i zachęcać wszystkich po to, aby mieć z kim pływać. Ale niestety powiem szczerze, jeżeli ktoś nastawia się na super żeglowanie, to niech w ogóle nie przyjeżdża, bo się rozczaruje. Prognozy pogody mają się nijak do warunków rzeczywistych. Bardzo często na 20 milowym odcinku wiatr potrafi z trzy razy przejść od pełniaka do ostrego bajdewindu, a w miedzy czasie pomęczy nas jeszcze flautami na rozkołysanym morzu. Jego siła też jest nieprzewidywalna, ale potrafi wiać od zera do ośmiu. Jeżeli ktoś chciałby się przygotować do jakiegoś trudnego rejsu, to proszę bardzo, tylko Kanary jako poligon doświadczalny, czy w ogóle się nadajecie. Jedynym plusem tego archipelagu to temperatury. Ci, którzy tu przypływają na zimę, czynią to głównie dla ciepełka. Pływają raczej sporadycznie, prowadząc spokojne życie w marinach. Może nie jest to zbyt zachęcający opis dla potencjalnych załogantów, ale trudno, tak tu po prostu jest. Jeżeli natomiast wybierzecie sobie jedną wyspę i ją dokładnie zechcecie zwiedzić, opływając dookoła, to jak najbardziej zapraszam. Po słońce i nie zapomniane krajobrazy.
Tak więc pomimo maksymalnego wydłużenia czasu naszego pobytu na Gomerze, dzisiaj musimy pożegnać się z wyspą i ruszyć w drogę do Las Palmas na Gran Canarii. Później płyniemy na Fuertaventurę i będziemy tam z dobry miesiąc. Później zwiedzimy Lanzarotte i powoli trzeba będzie się żegnać z Wyspami Kanaryjskimi. Tak prawdę mówiąc to stęskniliśmy się za naszym Bałtykiem, Bornholmem, Alandami czy też szkierami. Powiem Wam w zaufaniu, że Kanary nie mają szans dorównać bałtyckim wyspom. Piszę to z pełną świadomością i odpowiedzialnością. Ale tam wrócimy latem, a na razie pooglądajcie ostatnie nasze zdjęcia z Gomery. CD...


© Andrzej Wojciechowski, tel. 696 110005