San Sebastian de La Gomera. Prawda, że pięknie brzmi? Jesteśmy w stolicy
Gomery drugi raz i za każdym razem przedłużamy nasz pobyt, ile tylko
się da. Gomera przypadła nam - przynajmniej na razie - najbardziej
do gustu. Możliwe, że jakiś wpływ miały na to warunki pogodowe, które
skutecznie pogoniły nas z La Palmy. Wpłynęliśmy tam późną nocą i do
rana nie zmrużyliśmy spokojnie oka. Przy wietrze nie większym niż
trójeczka w skali B martwa fala - nie wiadomo w jaki sposób - pokonywała
różnie ukierunkowane trzy falochrony i czyniła straszne spustoszenia
wśród cumujących jachtów. Dlatego też rano zrobiliśmy szybkie zakupy,
zatankowaliśmy paliwo i bez żalu - oglądając La Palmę tylko z wody
- skierowaliśmy się z powrotem na Gomerę. Zarówno droga na, jak i
z La Palmy była koszmarem. Czegoś podobnego jeszcze nie przeszedłem.
Nasz jesienny Bałtyk czy też Północne, cieśnina Pentland, czy Biskaje
to mały pikuś. Wyobraźcie sobie jazdę pod cztero metrową falę (a czasami
większą) z NE z wierzchołków których zrywają się bryzgi wody. Do tego
przynajmniej trzy metrowy swell z kierunku SE. Oczywiście prąd (nie
wiadomo dlaczego) z SW. A to wszystko przy wietrze od 0 do 3. Teraz
trzeba się wsłuchać w strzelające na przemian (grot i fok) żagle z
taką siłą, że wydaje się, iż lada chwila wyskoczą z ramek. Oczywiście
wówczas idę na dziób i na pokładzie, który ucieka spod nóg w najmniej
oczekiwanym momencie i kierunku zrzucam żagle. Silnik daje nam w tych
warunkach zaledwie (średnio) 1,5 węzła. Dlatego przy jakimkolwiek
podmuchu biegnę na dziób i stawiam żagle. Z nadzieją łapię każdy podmuch,
ale średnio po 20 minutach znowu zero i żagle znów "strzelają"
na rozfalowanym morzu. I tak na zmianę. Nie jestem w stanie powiedzieć,
ile razy na zmianę stawiałem i zrzucałem "szmaty". Wiem
tylko, że dłonie miałem tak spuchnięte, iż nie mogłem ich zacisnąć
w pieść. Do tego jeszcze zacinające się stopery (niby lewmarowskie),
korby, których nie można wyjąć z kabestanu (też lewmar...) itp.
Tak wyglądało 16 godzin (ok. 40 mil) z Vueltas na Gomerze do Santa
Cruz na La Palmie. Potem opisane już wyżej kiwanie całonocne w marinie
i powrotne 16 godzin (znowu tylko 40 mil) na Gomerę. Obiecalismy sobie
z Ewunią, że dobrowolnie nikt nas nie zmusi do odwiedzenia La Palmy.
Postanowiliśmy nawet, że dobrowolnie nie ruszymy się poza zachodnie
wybrzeże Gomery. Wyspa nie za duża, bardziej zielona niż pozostałe,
z ciekawie ukształtowaną linią brzegową. W malowniczych zatokach liczne
i ładne kotwicowiska, z których wielokrotnie korzystaliśmy. Nie chcę
wcale przekonywać Was do zalet tej wyspy. Po prostu nam najbardziej
odpowiada i to pod każdym względem. Poza tym właśnie na wodach wokół
Gomery pierwszy raz zobaczyliśmy stado wielorybów. Zobaczyliśmy, to
mało powiedziane. Dobre dwie godziny - a może i więcej - kręciliśmy
się Karfim w środku stada. Walenie w ogóle się nas nie bały. Tak jakby
nas zaakceptowały, a może rzeczywiście wzięły nas za swojego? Widok
piękny, a wrażenia z obcowania z tak wielkim zwierzęciem niezapomniane.
Mam wiele wątpliwości co do samego żeglowania po wodach archipelagu.
No cóż, powinienem zachwalać i zachęcać wszystkich po to, aby mieć
z kim pływać. Ale niestety powiem szczerze, jeżeli ktoś nastawia się
na super żeglowanie, to niech w ogóle nie przyjeżdża, bo się rozczaruje.
Prognozy pogody mają się nijak do warunków rzeczywistych. Bardzo często
na 20 milowym odcinku wiatr potrafi z trzy razy przejść od pełniaka
do ostrego bajdewindu, a w miedzy czasie pomęczy nas jeszcze flautami
na rozkołysanym morzu. Jego siła też jest nieprzewidywalna, ale potrafi
wiać od zera do ośmiu. Jeżeli ktoś chciałby się przygotować do jakiegoś
trudnego rejsu, to proszę bardzo, tylko Kanary jako poligon doświadczalny,
czy w ogóle się nadajecie. Jedynym plusem tego archipelagu to temperatury.
Ci, którzy tu przypływają na zimę, czynią to głównie dla ciepełka.
Pływają raczej sporadycznie, prowadząc spokojne życie w marinach.
Może nie jest to zbyt zachęcający opis dla potencjalnych załogantów,
ale trudno, tak tu po prostu jest. Jeżeli natomiast wybierzecie sobie
jedną wyspę i ją dokładnie zechcecie zwiedzić, opływając dookoła,
to jak najbardziej zapraszam. Po słońce i nie zapomniane krajobrazy.
Tak więc pomimo maksymalnego wydłużenia czasu naszego pobytu na Gomerze,
dzisiaj musimy pożegnać się z wyspą i ruszyć w drogę do Las Palmas
na Gran Canarii. Później płyniemy na Fuertaventurę i będziemy tam
z dobry miesiąc. Później zwiedzimy Lanzarotte i powoli trzeba będzie
się żegnać z Wyspami Kanaryjskimi. Tak prawdę mówiąc to stęskniliśmy
się za naszym Bałtykiem, Bornholmem, Alandami czy też szkierami. Powiem
Wam w zaufaniu, że Kanary nie mają szans dorównać bałtyckim wyspom.
Piszę to z pełną świadomością i odpowiedzialnością. Ale tam wrócimy
latem, a na razie pooglądajcie ostatnie nasze zdjęcia z Gomery. CD...