Jesteśmy na Kanarach już trzy tygodnie. Wtopiliśmy się w międzynarodową
brać żeglarską, która głównie stoi w marinach, remontuje lub ulepsza
swoje jachty, bawi dzieci, chodzi po zakupy. Spotykamy się wieczorami
na swoich łódkach, przekazujemy informacje, gdzie warto popłynąć,
co zobaczyć, gdzie można złapać bezprzewodowy net, itd., itp...
Pływa się mało. Karfi jako jeden z niewielu jachtów robi kilkudniowe
wypady po okolicach. Kiedy wracamy do Las Palmas, witani jesteśmy
jak starzy znajomi. Na wyspach spotykamy również żeglujących Polaków.
Zazwyczaj pływają jako "autostopowicze" na jachtach pod
różnymi banderami. Wielu z nich wybiera się na drugą stronę Atlantyku.
Pęd do podróżowania w narodzie nie ginie, a jak widać po nich, można
to robić naprawdę za nieduże pieniądze. Często bez pieniędzy, w zamian
za pomoc w remoncie i przeprowadzeniu łódki.
W Las Palmas spotkałem Zdenka - Czecha pływającego od kilku lat. Brał
udział w pierwszej części wyprawy Victorką śladami Magellana, później
żeglował trochę ze szczecińskimi żeglarzami, a w końcu z Karoliną
- też szczecinianką - wyruszyli w świat, oczywiście bez jakiegoś konkretnego
celu.
Wracając do nas uważam, że leniuchujemy (ale nam się należy). Trochę
zwiedzamy. Naprawiamy jakieś drobiazgi, a głównie cieszymy się słońcem.
Za nami święta Bożego Narodzenia, przed nami Nowy Rok.
Dla Ewy to pierwsze święta poza krajem i z dala od najbliższej rodziny.
Dla mnie święta poza domem to nie nowina. Właśnie w tej chwili zdałem
sobie sprawę, że pomimo dzielącej nas odległości od Polski, to tak
naprawdę pierwszy raz nie jest mi smutno. Jesteśmy przecież razem
z Ewą. Poza tym Wigilia, przygotowana głównie przez Ewę (chociaż ja
swoje trzy grosze też dołożyłem), przeszła najśmielsze oczekiwania
załogi, która wróciwszy z plaży wieczorem zastała stół nakryty różnymi
potrawami. Były pierogi (z tuńczykiem), kapusta z grzybami, a dokładnie
z borowikami, smażona ryba skropiona cytryną, sałatka warzywna, zupa
grzybowa, a do tego wszystkiego dodatki - kiszone ogórki - dar Gajowego
i jego rodziny, i grzybki w occie - dar naszej Mamy. Takich dobrych
ogórków i grzybków nigdzie dotąd nie jedliśmy. Oczywiście do tego
białe i czerwone wino, z którego wyborem mieliśmy mały problem w związku
z jego różnorodnością, jaka występuje w tutejszych sklepach. Przez
cały wieczór dostaliśmy dziesiątki SMS-ów z życzeniami, za które serdecznie
dziękujemy. Miło wiedzieć, że tak wielu ludzi pamięta o naszej dwójce
będącej na "końcu" świata.
W drugi dzień świąt wyruszyliśmy na Teneryfę, zatrzymując się na jeden
dzień w Puerto Mogan. Byliśmy już tutaj, ale jest to tak miłe i ładne
miejsce, że postanowiliśmy w nim odpocząć. Poza tym postój jest stosunkowo
tani, ok. 15 euro z prądem, wodą i prysznicem.
Będąc poza Kanałem Angielskim spotykaliśmy się z różnymi opłatami
i z różnym standardem w marinach. Europa zachodnia nie jest tania.
Bywały porty, gdzie płaciliśmy trzydzieści parę euro np.: Jersey.
Średnio opłata wynosiła ok. 20 euro lub trochę powyżej. Tak było w
Cherburgu, St. Malo, Breście. Najtańszą i najprzyjemniejszą mariną
była La Coruna. W samym centrum miasta, z wygodami, z obsługą meteo
za jedyne 7 euro. Pamiętam, że aż nie chciało się nam stamtąd odpływać.
Następny port w północnej Hiszpanii to Portonovo, gdzie za dobę policzono
nam 40 euro. Odradzam pokazywanie się w tym miejscu. Tym bardziej,
że kilka mil dalej w Sanxenjio, jest "wypasiona" marina
i do tego chyba tańsza (nie płaciłem, wiem ze słyszenia). Portugalia
- poza Lizboną - to opłaty rzędu kilkunastu euro. Mariny duże ładnie
zagospodarowane. Z wszystkimi mediami, zazwyczaj w centrum miasta
i dość często z możliwością złapania bezprzewodowej sieci internetowej.
Poza tym śliczne okolice, zatoki i możliwość darmowego kotwiczenia.
Trzeba mieć tylko ponton - którego nie mamy - aby dostać się na brzeg.
Wyspy Kanaryjskie - do tej pory odwiedziliśmy porty Gran Canarii i
Teneryfy - to opłaty od 8 euro w Las Palmas, do 16 euro w Los Gigantos.
Ceny pozostałych marin kształtują się pomiędzy tymi dwoma. Są dwa
wyjątki. Las Nieves na Gran Canarii za 5 euro, ale bez prądu i prysznica
(po prostu nie ma), a postój jest przy betonowym pirsie. Drugi to
Santa Cruz na Teneryfie. Za dobę - bez prądu - zapłaciliśmy 54 euro
!!!
Toalety w kontenerach są gorsze niż te w Świnoujściu. Tak więc lepiej
stanąć 5 mil dalej na południe i dojechać do centrum autobusem. Dużo
taniej.
30 grudnia stanęliśmy w Los Gigantos na południowo-zachodniej Teneryfie.
Miasteczko nieduże, na skraju najwyższego klifu na wyspach. Tutaj
spędzimy z Ewą Sylwestra i powitamy Nowy Rok 2007.
Najbliższe dwa tygodnie chcemy przeznaczyć na zwiedzanie trzech najmniejszych
wysp archipelagu: Gomery, La Palmy i Hierro. Prawdopodobnie wyspy
te nie są tak nawiedzane przez turystów - głównie emerytów i rencistów
angielskich i niemieckich - jak pozostałe. Mają swój nostalgiczny
nastrój i są bardziej zielone. Zobaczymy, już za kilka dni. Na razie
przygotowujemy się do powitania Nowego Roku, czyli ja myję burty Karfiego,
a Ewa robi pranie. CD...