Z podróży. Portugalia - Tanger - Kanary, cz. V
 


Siedzimy z Ewunią na jachcie i popijamy Sangre de Toro. Tak sobie myślimy, że w kraju jakaś afera goni następną aferę. Jest chyba mokro, za ciepło chyba też nie jest. Wspominamy specjały kuchni naszych Mam - chlebek i pasztet z Suwałk, schabowy ze Szczecina i zagryzamy herbatnikami kolejny łyk wina. Od czasu do czasu podnosimy wzrok na zabudowania Las Palmas i przede wszystkim rozkoszujemy się ciepełkiem.
Dzisiaj wprawdzie duje, ale i tak chcieliśmy odpocząć po 6 dobach przelotu z Tangeru w Maroku do Las Palmas na Gran Canarii.
Po opuszczeniu wybrzeży Portugalii skierowaliśmy dziób Karfigo w stronę Kadyksu. W ten sposób dotarliśmy do kolejnego portu, który w tym sezonie gościł żaglowce w ramach The Tall Ships Races 2006. Nie udało się nam wziąć udziału w samej imprezie, ale byliśmy w St. Malo, La Corunie, Lizbonie i teraz w Kadyksie.
Marina gościnna całkiem pusta. Zastaliśmy jeden jacht pod szwedzką banderą zamknięty na głucho i dwie motorówki. Pierwszy raz nie muszę szukać wolnego miejsca przy pomostach. To też nie jest dobre, bo przez chwilę nie mogliśmy zdecydować się, gdzie stanąć. Miasto wywarło na nas dobre wrażenie. Urocze uliczki, kościoły i katedra z białego kamienia, kilka fortów, które kiedyś chroniły wejścia do portu i piękne parki, w których poza palmami, opuncjami, tujami - i bóg wie, czym jeszcze - stoją olbrzymie (naprawdę olbrzymie) magnolie. W Kadyksie spędziliśmy dwie noce. Był to port, w którym pożegnaliśmy Europę. Następna przystań to już kontynent afrykański. Nie licząc Wysp Zielonego Przylądka, to tak naprawdę na czarnym lądzie jeszcze nie byłem. Ewa tym bardziej była pionierem.
Na pierwszy kraj Afryki, który odwiedzimy, wybraliśmy Maroko i port Tanger. Dokonaliśmy tego wyboru celowo, gdyż za rok chcemy właśnie z Maroka rozpocząć naszą wyprawę dookoła Afryki 2007. Jest to więc takie złapanie przyczółka i próba zapoznania się z tym, co nas czeka w przyszłości.
Do Tangeru dotarliśmy o 0300. Rzuciliśmy więc kotwicę przy plaży i postanowiliśmy przespać się do rana. Obudziła nas o 0700 - jeszcze ciemno - martwa fala, która z każdą minutą była coraz większa. Gdzieś musiało nieźle wiać. Podnieśliśmy więc kotwicę i o pierwszym brzasku wpłynęliśmy do portu handlowego, na którego końcu były pomosty Royal Yacht Club Tanger. Z trzech pomostów jeden był przeznaczony dla nielicznych gości. Bosman z pomocnikiem odebrali od nas cumy i poinformowali nas, że musimy poczekać na odprawę. Po pół godzinie przyszedł urzędnik w cywilnym ubraniu. Wypełnił stertę formularzy, po czym wydał nam opieczętowane pokwitowania, które miały zastąpić nam dokumenty tożsamości. Nasze paszporty po prostu zabrał ze sobą informując, że zwróci je przy naszym wyjściu w morze. W ten sposób mogliśmy już legalnie opuścić nasz pokład.
Tanger to tygiel ras, narodowości, różnych stylów architektonicznych. W mieście wpływy swoje mieli Francuzi, Anglicy, Niemcy, Hiszpanie i Portugalczycy. Dzisiaj wielu obcokrajowców wykupuje za bezcen domy w starej części Tangeru, remontuje je i albo sami w nich mieszkają albo tworzą w nich pensjonaty. Tanger to również miasto wielu znanych malarzy, pisarzy, ludzi wolnych zawodów, dla których obcowanie z otaczającą rzeczywistością stanowi natchnienie twórcze. Mieliśmy też trochę szczęścia. Przed opuszczeniem terenu portu zaczepił nas starszy, mały człowieczek, który po angielsku zapytał, czy chcemy, aby oprowadził nas po starym Tangerze. Zgodziliśmy się. Nachalność miejscowych ludzi trochę nas krępowała i opieka takiego przewodnika dodawała nam otuchy. Po paru minutach wspólnego spaceru wiedzieliśmy, że zrobiliśmy dobrze. Abdelkader prowadził nas takimi zaułkami, w które sami byśmy na pewno nie weszli, a które były naprawdę nasiąknięte przeszłością i burzliwą historią tego miasta. Ludzie stanowili dodatkowy koloryt mijanych przez nas miejsc. Poza ludnością arabską widać było Berberów, Europejczyków, Afrykańczyków, wyznawców judaizmu, a wszyscy oni żyją obok siebie nie przeszkadzając sobie nawzajem. 5 razy dziennie słychać w mieście donośne nawoływanie muezina, pachną przyprawy i owoce sprzedawane na ulicach.
Charakterystyczna jest mentalność arabskich sklepikarzy, którzy targują się dla samej przyjemności targowania. Wyobraźcie sobie, że przy wyjściowej kwocie 50 euro można było dokonać transakcji za kwotę 10 euro. A i tę cenę - myślę - można było jeszcze obniżyć. Jeżeli chodzi o gastronomię, to nie mieliśmy odwagi spróbować tutejszych specjałów. Poza chlebem, który tak nam smakował, że kupiliśmy na jacht 10 bochenków za jedyne 2 euro. Później okazało się, że mogliśmy kupić jeszcze raz tyle, bo niestety po opuszczeniu Tangeru nie udało się nam nigdzie już wejść i uzupełnić zapasów wody i pieczywa.
W zamiarze naszym było odwiedzenie Casablanki, ale opóźnienie spowodowane przez przeciwny wiatr w pierwszych dniach po opuszczeniu Tangeru, zmusiło nas do obrania kursu bezpośrednio na Wyspy Kanaryjskie. Tak więc Casablankę obejrzeliśmy z morza. Już 30 mil przed tym miastem widzieliśmy jakąś wieżę. Wszyscy myśleli, że to latarnia morska. Gdy byliśmy bliżej okazało się, że jest to minaret meczetu. Latarnia stała 0,5 mili dalej i była tak na oko 5 razy mniejsza. Całe miasto - rzeczywiście białe, jak w nazwie - to kilkanaście kilometrów wieżowców, urządzeń portowych i meczetów. Na redzie kilkanaście statków, jak przed Świnoujściem w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku.
No cóż, na razie musi nam to wystarczyć. Pozostawiamy Casablankę za rufą i kierujemy się na Lanzarote, najbliższą z archipelagu Wysp Kanaryjskich. Po trzech dniach od opuszczenia Tangeru skończył się chleb, a i z wodą zaczynało być krucho. Ta, która została na dnie w zbiorniku, nie dość, że była niezbyt dobra w smaku, to jeszcze była trudno dostępna, gdy płynęliśmy prawym halsem. Po prostu pompa nie chciała ciągnąć. Płynąc więc lewym halsem robiliśmy zapasy lejąc ją do wszystkich plastikowych butelek, jakie mieliśmy na pokładzie. Jednak ten problem to nic z problemem "Pcheły", któremu skończyły się papierosy. Ten to dopiero się męczył. I tak płynąc - po 5 dobach i 6 godzinach - weszliśmy do Arrecife, stolicy wyspy Lanzarote. Okazało się jednak, że miasto nie ma mariny, tylko port handlowy. Zacumowaliśmy więc ok. 1900 do kamiennego pirsu, wysadziliśmy Bogdana, który spieszył się na samolot do kraju i po 10 minutach popłynęliśmy dalej w stronę Gran Canarii. Przychylny wiaterek 5 do 6 z baksztagu popychał nas dziarsko do przodu. Wszystko wskazywało, że przed obiadem będziemy w Las Palmas. Jednak, gdy nastał dzień, siedzący na pawęży Pcheła zauważył, że dolne mocowanie płetwy sterowej rusza się. Zrzucamy Genuę, szybkie oględziny wykazały, że albo puściły nakrętki, albo - co gorsza - pękły nierdzewne szpilki mocujące okucia do pawęży. Całe szczęście, że jeszcze podczas remontu w kraju dołożyliśmy trzecie okucie mocowania steru i tylko dzięki temu teraz go nie straciliśmy. Siła wiatru 6 w porywach do 7, fala od 3 dni z NE była całkiem pokaźnych rozmiarów. Założyliśmy najmniejszego sztormowego foka i zaczęliśmy się powoli telepać w stronę Las Palmas. Przed nami było jeszcze 40 mil. Foczek na tyle równoważył działanie wiatru i fali na jacht, że nie musieliśmy prawie wcale używać steru do utrzymania wyznaczonego kursu. Oczywiście zamiast 6 godzin, dotarcie do Las Palmas zajęło nam 12 godzin. Ale wieczorem - już spokojny - siedziałem przy kolacji z resztą załogi, chrupiąc świeże bułeczki i czekając na przyjaciół z Polski, którzy mieli dolecieć koło 2100.
Za ster wzięliśmy się nastepnego dnia. Po zdemontowaniu płetwy sterowej okazało się, że niestety w dolnym mocowaniu pękły dwie szpilki. Gdybyśmy mieli ster zamocowany tylko w dwóch miejscach to prawdopodobnie byśmy go zgubili, tak jak się to zdarzyło na Zrywie. Na zamontowanie trzeciego okucia miała właśnie wpływ przygoda Zrywa.
Bez trudu znaleźliśmy miejscowego fachowca od spawania nierdzewki, który stwierdził " no problema" i zabrał ster do swojego warsztatu. Na drugi dzień ster z okuciami wygląda jak nowy. Jednak cena, jaką usłyszałem ugięła mi nogi. Po długich targach fachowiec trochę opuścił, ale i tak cena jak dla mnie była szokująca. Nie podam tu tej kwoty, bo nasi polscy fachowcy pewno by zaraz podnieśli swoje ceny, które i tak - uważam - za wysokie.
Ster zamontowany, cała lista spraw do załatwienia już wykreślona. Na morzu gwizd tak z 7 w skali Beauforta. Załoga wynajęła samochód i pojechała w głąb Gran Canarii. Siedzimy więc z Ewunią i wykorzystujemy wolne chwile, aby odpocząć. My na Gran Canarii będziemy jeszcze kilka razy. Zdążymy więc ją dokładnie zwiedzić. Robi się nam miło, gdy uświadamiamy sobie, że do końca marca nie będziemy się już ruszać poza archipelag. Wreszcie urlop i przeloty po parę godzin. Ewa się cieszy... CD...



© Andrzej Wojciechowski, tel. 696 110005