Z podróży. Portugalia, cz. IV
 


Opanowało wszystkich pełne lenistwo. Od kiedy wyruszyliśmy z Sines, dopiero w Vilamour przytrzymała nas ósemeczka. W marinie jednak bez fali a temperatura 21 stopni. Łazimy - już bez celu - po kurorcie w krótkich spodenkach, opędzając się od nachalnych zaproszeń naganiaczy knajpianych. Wieczorami degustujemy kolejne butelki słynnego PORTO. Oczywiście za każdym razem jest to inny rocznik i nazwa.
Coś trzeba robić. I dlatego zmusiłem się do uzupełnienia naszych relacji.
Po minięciu przylądka "ciepłych gaci" chcieliśmy stanąć na kotwicy w zatoczce za przylądkiem Sagres. Nie dało się jednak stanąć spokojnie. Swell zmusił nas do popłynięcia bezpośrednio do Lagos. Ok. 0300 staliśmy na kotwicy w spokojnej zatoczce, tuż za E falochronem do mariny. Rankiem wpłynęliśmy do miasta. W standardzie każdego wejścia do Portugalii, jest zgłoszenie się najpierw w recepcji, przy specjalnym pomoście, a dopiero potem można wjechać do mariny na wyznaczone miejsce. Nie daj boże wpłynąć samemu i wybrać sobie wolną keję - obraza. Zresztą w Lagos, aby wejść do mariny trzeba poprosić o podniesienie mostu a recepcja jest właśnie przed mostem. Tak więc po wszystkich formalnościach wpłynęliśmy do innego świata. Setki jachtów, sklepy, knajpki i restauracje, dookoła basenów jachtowych apartamenty. A do tego przechadzające się Portugalki i to ładne (to informacja dla tych, którzy tak jak ja mieli inne zdanie na ten temat). Okolice - nie tylko Lagos, ale wszystkich kurortów - to piękne wybrzeża z wysokimi klifami, jaskiniami, pojedynczymi skałami wystającymi z morza i małymi, pustymi plażami. Po prostu idylla. Od portu do portu po około 10 mil. Cieplutko, kąpiele w oceanie, wycieczki, wino tanie i dobre.
W taki sposób obejrzeliśmy całe południowe wybrzeże Portugalii. Stając sobie czasami w marinie, a czasami na kotwicy. Za nami Lagos, Portimao, Albufeira, Vilamour. Na koniec, jeśli pogoda pozwoli, chcemy wejść do ostatniego portugalskiego portu Vila Real de Santo Antonio. Później już tylko Kadyks i w drogę na Maderę i Wyspy Kanaryjskie.

Stoimy w Santo Antonio. Znowu słoneczko i ciepło. Nocne wejście się nie powiodło. Wielka fala przyboju, głębokości na "styk" i słabo widoczne boje podejściowe, zmusiły nas do wycofania się i stanięcia na kotwicy. Rankiem - wraz z wysoką wodą - wjechaliśmy już bez problemów. Nie licząc bardzo silnego prądu - powyżej 3 węzłów - który spowodował, że jechaliśmy "żółtą" rzeką do mariny przeszło 2 godziny i w tym czasie pokonaliśmy 6 mil. Przy wyjściu prąd nam pomoże i wszystko się wyrówna. Czekamy do 1900 na koniec wysokiej wody i ruszamy w drogę. Wprawdzie nie za bardzo nam się chce, ale musimy być 28 listopada w Kadyksie, a wiatru jak na lekarstwo. Silnika natomiast nie chcę za mocno używać, bo czekam cały czas na jedną małą część zamienną. Ostatnie zdanie należy traktować jako przypomnienie dla wtajemniczonych. Jednocześnie pozdrawiamy nasze Rodziny i wszystkich przyjaciół. CD...

Ewa i Andrzej



© Andrzej Wojciechowski, tel. 696 110005