Wykorzystując przymusowy postój w portugalskim Sines postanowiłem
uzupełnić nasze bieżące relacje.
W jachcie sucho i ciepło. Na zewnątrz duje i to z takim gwizdem, jakiego
jeszcze nie słyszałem. Karfi na podwójnych cumach i szpringach zachowuje
się jak dziki mustang, którego chcą osiodłać. Z lękiem patrzę co chwila
na kluzy dziobowe, ruszające się, jakby były przyklejone gumą do żucia.
Może wytrzymają?
Sines jest miejscem, gdzie na świat przyszedł Vasco da Gama. Malownicza
zatoka, osłonięta od oceanu falochronami, mieści w zachodniej części
port rybacki, we wschodniej zaś nową marinę wyposażoną we wszystkie
wodotryski, jakie można sobie tylko wymarzyć. Pomimo tego postój Karfiego
(prawdopodobnie pierwszego polskiego jachtu tutaj) kosztuje tylko
8 euro, co w porównaniu z 25 euro w marinie Doca de Alcantara w Lizbonie
to prawie za darmo. Dlatego przymusowy postój wcale nas nie martwi.
Poza tym dość rozważań o kasie, bo, jak mawia nasz przyjaciel Marek;
"kto nie ma miedzi, ten w domu na d.... siedzi".
Sines jest jedynym dobrym portem schronienia między Lizboną a Lagos.
Miasteczko malowniczo położone na skalistych wzgórzach. Wąskie uliczki,
charakterystyczne kamienice o fasadach zdobionych kolorową glazurą,
duży, nowoczesny budynek biblioteki miejskiej, zamek, typowy latynowski
kościółek, składają się na obraz tego sennego poza sezonem miejsca.
Dużym atutem jest plaża nazwana imieniem Vasco da Gamy. Niestety listopadowa
pogoda nie zachęcała do kąpieli, choć woda jest dość ciepła, na pewno
nie zimniejsza, niż w Bałtyku w sierpniu.
Zanim zjawiliśmy się Karfim w Sines, pokonaliśmy z Ewą odcinek La
Coruna - Lizbona, z przystankiem w Portonuovo nad zatoką Ria de Pontevedra.
Znów żałowaliśmy, że nie mamy dość czasu na dokładne zwiedzenie okolic
Rio de Arosa, Rio de Pontevedra i Rio de Vigo. Przydałby się miesiąc
włóczęgi po tych wodach, żeby wszystko obejrzeć. Na pewno kiedyś to
zrobimy, ale na razie - głównie przez flauty - jesteśmy zmuszeni telepać
się w stronę Lizbony. Bo 11 listopada przylatują Karol, Iwona i Krzyś.
10 listopada stajemy w Cascai, na przedmieściach Lizbony.
Piękne rezydencyjne miasteczko z malowniczymi zatoczkami i plażami
pomiędzy wychodzącymi w morze skałami. To trzeba zobaczyć samemu,
nie da się tego opisać.
Dla nas z Ewą szczególnie miły jest widok wysokich palm, filodendronów,
opuncji i aloesów, których rozmiary wielokrotnie przewyższają te znane
z doniczek i szklarni. Cieplutko, chodzimy w krótkich spodenkach i
koszulkach i jest nam dobrze.
Na drugi dzień przestawiamy się do centrum, do mariny Doca de Alcantara.
Miło poodwiedzać stare kąty pięknej Lizbony. Ewie również się podoba
i to do tego stopnia iż stwierdza, że mogłaby tu mieszkać. Ja też.
Przylatują nasi znajomi i po jeszcze jednym dniu zwiedzania Lizbony
ruszamy na południe Portugalii. Prognoza mówi wprawdzie o bardzo słabych
wiatrach z północy, ale za dobę zapowiadany jest sztorm z południa
o sile do 45 węzłów. Postanowiliśmy więc się telepać po nocy, aby
przed wichurą zdążyć schować się właśnie w Sines. Udało się, przeczekaliśmy,
a teraz znowu, północno-zachodnim wiatrem do 5 w skali Beauforta zmierzamy
do przylądka "ciepłych gaci", czyli Cabo de Sao Vicente.
Teoretycznie po jego minięciu będziemy już tylko się opalać i odpoczywać.
No to zobaczymy... CD...