![]() |
||||||||||||||||||||||||||||||||
![]() |
||||||||||||||||||||||||||||||||
![]() |
||||||||||||||||||||||||||||||||
![]() |
||||||||||||||||||||||||||||||||
|
Z
podróży, Brest - La Coruna, cz. II
|
||||||||||||||||||||||||||||||||
|
|
||||||||||||||||||||||||||||||||
|
No i
po wszystkim, tzn. "złe" Biskaje za nami. Leżymy z Ewą w
suchej i czystej pościeli, popijamy "szampana" hiszpańskiego,
kupionego tu, na miejscu, w La Corunie. Jest naprawdę fajnie. Ruszyliśmy
z Brestu 1 listopada o 0100 w nocy. Analiza mapek synoptycznych na
najbliższe 3 dni zapowiadała wiatry od NW do NE, a później E, na początku
po 2,3 stopnie w skali B, potem 4 do 5 B, następnie 6 do 7, i 8 do
9... Nie pozostaje więc nic innego, pomimo tego, że Ewa nie cierpi
pływać w nocy, jak wyruszyć, by wykorzystać maksymalnie sprzyjający
wiatr i prąd, i odbić się od brzegów Bretanii. Karfi pod dużą genuą
poruszał się żwawo do przodu z prędkością ok. 6 węzłów. Jak na początek
bardzo optymistycznie. Przed nami w linii prostej 380 mil do La Coruny,
przez owianą złą sławą Zatokę Biskajską. Wachty podzieliliśmy w ten
sposób, że w nocy sterowałem ja, w dzień Ewa. Kurs połówkowy przez
pierwsze dwie godziny, potem baksztag prawego halsu. Pozakładane kontraszoty
na grocie dawały nadzieję na bezpieczną jazdę na rosnącej z godziny
na godzinę fali. Przez całą noc jazda w granicach 6-8 węzłów. Kawa
w termosie i mielonka z puszki urozmaicały nocną żeglugę. Dobrze ustawione
żagle pozwalały zostawić jacht na kilka minut bez sternika. Wykorzystywałem
to na sprawdzenie pozycji i przyjrzeniu się na mapie dalszej drodze.
Prognoza niemiecka na razie się sprawdza. Pierwszego dnia około południa
wiatr przechodzi z NW na NE, trzeba szybko zrobić zwrot przez rufę.
W trakcie wykonywania manewru "puszcza" mocowanie obciągacza
bomu grota. Chcieliśmy go z Krzyśkiem wymienić jeszcze w Szczecinie,
ale nie mogliśmy go odkręcić. Stwierdziliśmy, że skoro tak mocno trzyma,
to nie będziemy go ruszać. No i proszę - przyroda załatwiła to po
swojemu i to szybciutko. Zdarzyło się to przy dobrej 5, więc postanowiłem
zrzucić grota i płynąć dalej na samej genule. Okazało się to słuszne,
bo siła wiatru wciąż rosła. Żegluga w dzień była naprawdę przyjemna,
wiatr zgodnie z prognozą - od 4 do 6, cały czas baksztag. Po dobie
odhaczyliśmy 150 mil. Gdyby tak poszło dalej, to po 2,5 doby bylibyśmy
w Hiszpanii... Następny dzień również minął bezstresowo. Humory dobre,
na jachcie, mimo szóstki w porywach - porządek, ciepły posiłek, kawa,
herbata, słodycze do woli, nie ma sterty brudnych naczyń w kambuzie,
żadnych fruwających rzeczy, po prostu fajnie się żegluje. Wieczorem
drugiego dnia wiatr tężeje do 7. Trochę zbyt wcześnie, niż wynika
to z prognoz, ale trudno - taka jest rzeczywistość. Zrzucamy genuę
i zakładam na noc najmniejszego foka. Okazuje się to dobrym posunięciem
- fale 6-metrowe, wiatr, który gwiżdże w olinowaniu, nastające ciemności
nie nastrajają optymistycznie... Około północy drugiej doby już wiem,
że nie uciekniemy przed sztormem. Zostało wprawdzie ok. 85 mil do
brzegów przylądka, który osłoni nas od wiatru i jeszcze 10 mil do
portu. Ale w tych warunkach staje się to strasznie dużą odległością...
Jesteśmy cali mokrzy od słonej wody. Fale przechodzą od burty do rufy,
załamują się, przelewają się nam przez plecy i po chwili stoimy w
kokpicie po kolana w wodzie. Na twarzy czuję kryształy soli. Prędkość
cały czas w granicach 7 węzłów, co daje mi nadzieję, że to szaleństwo
wreszcie się skończy. O godzinie 8 jesteśmy na wysokości cypla. Zaczyna
świtać, już widać zarys lądu, za chwilę powinniśmy być osłonięci przez
brzeg. Jedna z ostatnich wielkich fal wlewa mi się do kaloszy, za
kołnierz, wszędzie...tak na pożegnanie. Po godzinie morze łagodnieje,
choć wiatr dalej bardzo silny. Wyłazi słońce... ok. 12 stajemy w marinie
Deportiva La Coruna. Spokojnie, słonecznie, ludzie w krótkich spodenkach
- inny świat, a tam, na morzu dalej wieje. Prognoza pogody w biurze
kapitanatu portu nadal mówi o 7 do 8 B aż do 4 listopada. Odpoczywamy,
zwiedzamy miasto, robimy drobne zakupy, przede wszystkim owoce - mandarynki
są tu tańsze od cebuli. Naprawiamy to, co nam się zepsuło i czekamy
na spokojniejszą pogodę. Palmy, które rosną wokół dodają nam otuchy
- tu przecież kończą się zawieruchy i zaczyna być przyjemnie. Czekamy
więc na dobre wiatry przed drogą do Vigo. CD...
|
||||||||||||||||||||||||||||||||
|
© Andrzej Wojciechowski, tel. 696
110005
|
||||||||||||||||||||||||||||||||