Z podróży. Gomera, cz. XII
 



Znowu trafiliśmy na Gomerę. Nie zakładaliśmy wprawdzie jeszcze jednej wizyty na tej wyspie, ale gdy nadarzyła się taka okazja, to nie mogliśmy jej nie wykorzystać. Poznaliśmy już dość dobrze całe wybrzeże z licznymi zatokami i ich najbliższymi okolicami na lądzie. Postanowiliśmy więc ruszyć w głąb lądu. Samochód - trzyletnie Renault Clio - wypożyczyliśmy za 30 euro w poleconej przez szefa mariny firmie Rent Car. Autko czyste, wystarczająco mocne jak na górskie drogi Gomery. Ruszyliśmy z San Sebastian w stronę Hermigua, miasteczka położonego na końcu doliny schodzącej do oceanu, oraz na otaczających ją wzgórzach. Zatoka z plażą była naszym pierwszym miejscem postoju na tej wyspie. Miasteczko położone na zielonych wzgórzach, to przede wszystkim tarasowe poletka z plantacjami bananów, ziemniaków, pomidorów i dość licznymi palmami. Staliśmy tam na kotwicy i oglądaliśmy okolicę z morza. Dlatego chcieliśmy też obejrzeć to miejsce również z drugiej strony. Wiedzieliśmy, że Gomera jest bardziej zielona od pozostałych wysp archipelagu, ale i tak w konfrontacji z rzeczywistością, byliśmy z Ewą mile zaskoczeni. Gomera to całkiem inny świat. Zielone doliny, wzgórza, dużo drzew, strumyki, wszystko to wywołuje uczucie spokoju i sielanki. Tutejsze szczyty nie są wprawdzie tak wysokie jak na Teneryfie i Gran Canarii, ale za to są bardziej strome i gęściej porośnięte lasami. To tu rośnie jeden z największych kompleksów lasu laurowego na świecie, który wpisany jest na listę UNESCO. To tutaj wrzosy osiągają wysokość kilku a nawet kilkunastu metrów, a kolorytu dodają liczne palmy. Największe wrażenie robią szemrzące strumienie i małe wodospady. W wielu miejscach przegrodzone są tamami i tworzą tam całkiem pokaźne jeziorka, nad których brzegami umiejscowiły się małe wioski. Każda z dolin to jakby samodzielny świat. Głęboko wrzynające się w głąb wyspy, osłonięte z dwóch stron stromymi grzbietami gór, z drogą prowadzącą w jedną stronę. Aby wydostać się w "świat" należy zawrócić nad ocean i tam wjechać na obwodnicę wyspy. Z niej możemy wjechać do następnej doliny. Powtarzając wielokrotnie ten manewr podziwiamy serce Gomery. Co najważniejsze nie widać tutaj tłumów turystów. Niewątpliwie są tutaj, ale są to inni turyści. Często spotykamy pieszych wędrowców z plecakami i kijkami w dłoniach, którzy przemierzają te przestrzenie na własnych nogach. Widać campinobusy stojące gdzieś wysoko w górach oraz żeglarzy stojących miesiącami w San Sebastian. Stolica wyspy gości często również Polaków. Jako swoją stałą bazę traktuje ją Jasiu z "Lady B". Spotkaliśmy tam również Jurka na pięknym 20-metrowym stalowym keczu "Selma" (moje marzenie) oraz Piotrka, który prowadzi Bawarię Glob Touristu. Można więc powiedzieć, że w tych miesiącach Gomera była polską wyspą. Poza tym, że jest tu pięknie, to jest również tanio. W porównaniu z resztą archipelagu koszty zaopatrzenia i postoju w porcie są o dobre 20% niższe. Wszystko to razem wzięte powoduje, że chce się tutaj wrócić, tak na dłużej. I chyba to kiedyś zrobimy... CD...

© Andrzej Wojciechowski, tel. 696 110005