Znowu trafiliśmy na Gomerę. Nie zakładaliśmy wprawdzie jeszcze jednej
wizyty na tej wyspie, ale gdy nadarzyła się taka okazja, to nie mogliśmy
jej nie wykorzystać. Poznaliśmy już dość dobrze całe wybrzeże z licznymi
zatokami i ich najbliższymi okolicami na lądzie. Postanowiliśmy więc
ruszyć w głąb lądu. Samochód - trzyletnie Renault Clio - wypożyczyliśmy
za 30 euro w poleconej przez szefa mariny firmie Rent Car. Autko czyste,
wystarczająco mocne jak na górskie drogi Gomery. Ruszyliśmy z San
Sebastian w stronę Hermigua, miasteczka położonego na końcu doliny
schodzącej do oceanu, oraz na otaczających ją wzgórzach. Zatoka z
plażą była naszym pierwszym miejscem postoju na tej wyspie. Miasteczko
położone na zielonych wzgórzach, to przede wszystkim tarasowe poletka
z plantacjami bananów, ziemniaków, pomidorów i dość licznymi palmami.
Staliśmy tam na kotwicy i oglądaliśmy okolicę z morza. Dlatego chcieliśmy
też obejrzeć to miejsce również z drugiej strony. Wiedzieliśmy, że
Gomera jest bardziej zielona od pozostałych wysp archipelagu, ale
i tak w konfrontacji z rzeczywistością, byliśmy z Ewą mile zaskoczeni.
Gomera to całkiem inny świat. Zielone doliny, wzgórza, dużo drzew,
strumyki, wszystko to wywołuje uczucie spokoju i sielanki. Tutejsze
szczyty nie są wprawdzie tak wysokie jak na Teneryfie i Gran Canarii,
ale za to są bardziej strome i gęściej porośnięte lasami. To tu rośnie
jeden z największych kompleksów lasu laurowego na świecie, który wpisany
jest na listę UNESCO. To tutaj wrzosy osiągają wysokość kilku a nawet
kilkunastu metrów, a kolorytu dodają liczne palmy. Największe wrażenie
robią szemrzące strumienie i małe wodospady. W wielu miejscach przegrodzone
są tamami i tworzą tam całkiem pokaźne jeziorka, nad których brzegami
umiejscowiły się małe wioski. Każda z dolin to jakby samodzielny świat.
Głęboko wrzynające się w głąb wyspy, osłonięte z dwóch stron stromymi
grzbietami gór, z drogą prowadzącą w jedną stronę. Aby wydostać się
w "świat" należy zawrócić nad ocean i tam wjechać na obwodnicę
wyspy. Z niej możemy wjechać do następnej doliny. Powtarzając wielokrotnie
ten manewr podziwiamy serce Gomery. Co najważniejsze nie widać tutaj
tłumów turystów. Niewątpliwie są tutaj, ale są to inni turyści. Często
spotykamy pieszych wędrowców z plecakami i kijkami w dłoniach, którzy
przemierzają te przestrzenie na własnych nogach. Widać campinobusy
stojące gdzieś wysoko w górach oraz żeglarzy stojących miesiącami
w San Sebastian. Stolica wyspy gości często również Polaków. Jako
swoją stałą bazę traktuje ją Jasiu z "Lady B". Spotkaliśmy
tam również Jurka na pięknym 20-metrowym stalowym keczu "Selma"
(moje marzenie) oraz Piotrka, który prowadzi Bawarię Glob Touristu.
Można więc powiedzieć, że w tych miesiącach Gomera była polską wyspą.
Poza tym, że jest tu pięknie, to jest również tanio. W porównaniu
z resztą archipelagu koszty zaopatrzenia i postoju w porcie są o dobre
20% niższe. Wszystko to razem wzięte powoduje, że chce się tutaj wrócić,
tak na dłużej. I chyba to kiedyś zrobimy... CD...