Z podróży. Graciosa, cz. XI
 



Opływając od północy Lanzarote trafimy na archipelag niewielkich wysepek. Miejscowi nazywają je "małymi kanarami". Wyspy są ścisłym rezerwatem przyrody, zamieszkałym głównie przez wędrowne i morskie ptaki. Tylko jedna z nich - Graciosa - jest zamieszkana przez ludzi. Zdecydowana większość mieszkańców żyje w wiosce Caleta del Sebo. Łączność ze światem zewnętrznym utrzymują małe stateczki pasażerskie, które kursują z miasteczka Orzola na Lanzarote. Płynąc w połowie marca 2007 roku na Maderę znaleźliśmy się w pobliżu Graciosy tuż przed nastaniem nocy. Wiatr słabł z godziny na godzinę, aby w końcu ucichnąć zupełnie. Mając do wyboru bezsenną wachtę, stojąc prawie w miejscu i spokojny sen w odległym o 10 mil morskich porciku, zdecydowaliśmy się na to drugie. Silnik pracujący pół naprzód pozwolił nam po 2 godzinach zacumować przy pływającym pomoście. Stało tam jeszcze kilka jachtów, ale pomimo to wolnych miejsc było dostatecznie dużo. Samo wejście do portu oznakowane było znakomicie. Około 2 mil przed wejściem wszystko było jasne. Najpierw północna kardynałka mijana lewą burtą, a później zielone światło główki wschodniej. Koniecznie prawą burtą. Piszę o tym, gdyż czerwone światło główki zachodniej jest cały czas widoczne na prawo od zielonego światła. Dopiero mając główkę wschodnią na prawym trawersie, światło czerwone przechodzi na lewo. Jest to wynikiem dalekiego wyjścia falochronu wschodniego w morze. Chowając się za niego, już na spokojnej wodzie, mamy możliwość zrzucenia żagli i spokojnego przygotowania cum i odbijaczy. Przybyliśmy na miejsce o pierwszej w nocy. Szybki klar, pomimo zmęczenia sprawdziliśmy jeszcze możliwość podłączenia prądu i wody. Niestety obydwu pożądanych dóbr na kei nie było. Wypiliśmy więc herbatę i poszliśmy spać. Ranek pokazał nam, do jak uroczego miejsca trafiliśmy. Pierwszy widok, gdy wystawiliśmy głowy z zejściówki, to wysoki, skalisty klif wyspy Lanzarote, od której Graciosa oddzielona jest cieśniną o nazwie Estrecho del Rio. Pionowe ściany ciemnych skał kontrastują z błękitem nieba i lazurową wodą cieśniny, tworząc niesamowite zestawienie kształtu i barwy. Po drugiej stronie pomostów widać zacumowane na bojach kolorowe rybackie kuterki, a za nimi niski skalisty brzeg z małymi piaszczystymi plażami. Tuż za nimi pierwsze zabudowania - małe, parterowe domki, z których wychodzi się bezpośrednio na brzeg morza. Wszędzie spokój i cisza. Idziemy z Ewą obejrzeć osadę. Domki stoją równolegle do siebie w trzech rzędach. Pomiędzy nimi żółte, piaszczyste trakty. Innych dróg tu nie ma. Przed niektórymi domkami stoją Land Rovery i Toyoty Land Cruisery pamiętające co najmniej lata pięćdziesiąte XX wieku. Gdzie niegdzie rosną agawy i nieliczne palmy. Jedyne utwardzone miejsce to deptak przed portem. Czujemy się jak na dzikim zachodzie. Wychodząc poza wioskę trafiamy na piękne piaszczyste i puste plaże. Linia brzegowa wyspy jest urozmaicona. Posiada kilka zatoczek z piaszczystym dnem, które doskonale nadają się do kotwiczenia. Znajdziemy tu również skałki, szczególnie blisko brzegu, które w czasie odpływu ukazują się naszym oczom. Idealne miejsce dla początkujących nurków i deskarzy. Zarówno tych z żaglem - spokojne zatoczki - jak i dla surferów od strony otwartego Atlantyku. Wyprawa dookoła wyspy zajmuje nam około czterech godzin. Warto wejść na dwa niewielkie szczyty skąd roztacza się panoramiczny widok na okolicę. Około 11.00 przypływa pierwszy stateczek, z którego wysiadło kilkanaście osób. Nie ma więc tu turystycznego zgiełku i ścisku. Nie ma żadnych hoteli, czy też apartamentowców. Jeżeli chcesz się zatrzymać, to w kapitanacie wskażą Ci domy, gdzie będziesz mógł wynająć pokoik lub można postawić namiot przy plaży. My widzieliśmy dwa, które po sposobie zagospodarowania wyglądały, że stoją tu już dłuższy czas i służą całkiem nieźle za schronienie swoim właścicielom. Wkoło nich widać niskie kamienne murki ułożone z otoczaków, jakieś siedziska z desek, gril i sznurki do suszenia bielizny. Oczywiście, że najtaniej i najsympatyczniej mieszkać na jachcie. Z pośród kilku jachtów, które cumowały w porcie większość była zamknięta na głucho i wyglądały na przygotowane do dłuższego postoju. Na czterech tętniło życie. Ich właściciele stali tutaj już od dłuższego czasu i nie mieli zamiaru wyruszać z tego zakątka gdzieś dalej. Jeżeli problem ładowania akumulatorów rozwiązać przy pomocy baterii słonecznych lub generatora wiatrowego, to postój na Graciosie jest bardzo atrakcyjny. Koszt postoju Karfiego za dobę wyniósł 5 euro. W tym był prysznic, toaleta i woda, którą wprawdzie trzeba było przynosić z łazienki w butelkach, ale była za to smaczna, co na Wyspach Kanaryjskich jest rzadkością. Graciosę polecamy przybywającym na archipelag kanaryjski, jako pierwsze miejsce, gdzie warto zacumować. Znajdziecie tu przede wszystkim spokój, możliwość wypoczynku na pięknych pustych plażach, możliwość usunięcia ewentualnych awarii - port dysponuje dużym podnośnikiem dla jachtów, oraz nacieszenia oczu pięknymi krajobrazami. Dla tych, którzy przylatują na Kanary samolotem, istnieje możliwość dotarcia tutaj stateczkiem z położonego na północy Lanzarote miasteczka Orzola. Niezbędne zakupy zrobicie na miejscu, są tam aż trzy supermercada, co odpowiada naszemu niedużemu sklepikowi samoobsługowemu. Znajdziecie też piękny mały kościółek w stylu meksykańskim, pocztę, kilka restauracyjek, a przede wszystkim uśmiechniętych, życzliwych ludzi, którzy nigdzie się nie spieszą. Wypowiadają najczęściej dwa zaczarowane słowa - no problema i maniana... CD...



© Andrzej Wojciechowski, tel. 696 110005