W marinie Rubicon - na południu wyspy Lanzarote - stajemy już drugi
raz. Pomijając fakt, że jest to super miejsce na odpoczynek, to jest
to również najlepsze miejsce do wypadów w głąb wyspy. Zaledwie 12
km dzieli nas od Parku Narodowego Timanfaya, zwanego potocznie Górami
Ognia. Można tam podziwiać jeszcze gorący krajobraz wulkaniczny. Podobna
odległość dzieli nas od El Golfo, miejsca, gdzie wśród czarnych wulkanicznych
plaż - prawie bez turystów - znajdziemy przybrzeżne jeziora z czystą
szmaragdową wodą. Idąc dalej na południe trafimy na efektowne groty,
gdzie w czasie przypływu przelewa się ocean, rzeźbiąc dalej swoje
fantastyczne formy. W końcu dojdziemy do Las Salines, czyli basenów
z morską wodą, w których po odparowaniu wody - tak jak przed wiekami
- zbiera się sól. Również niedaleko jest do lokalnych winnic, gdzie
można popróbować i nabyć oryginalne wina o dobrym bukiecie, mające
charakterystyczny posmak nie występujący w żadnym innym winie poza
Lanzarote. Jeden z dni naszego pobytu przeznaczyliśmy na pieszą wędrówkę
do przylądka Papagayo. Niewielka odległość od mariny - ok. 5 km -
miała wpływ na dość luźne podejście do naszego przygotowania się do
"spaceru". Wyszliśmy wczesnym popołudniem, kierując się
na zachód. Droga - wyłożona kostką brukową - prowadziła po koronie
wysokiego klifu. Co kilkaset metrów stajemy na punktach widokowych,
podziwiając formy skalne wyrzeźbione przez pracowity ocean. Po około
1 kilometrze niestety polbruk się skończył. Większość spacerowiczów
w tym miejscu zawraca. Dalej widać wydeptaną ścieżkę pnącą się stromo
pod górę. Patrzę na Ewę, która nie przewidując takich przeszkód, wybrała
się na wycieczkę w klapkach. Zdecydowała się jednak nie cofać, więc
idziemy dalej. Ścieżka pokryta jest luźnym, drobnym materiałem skalnym,
który usuwa się spod nieostrożnie stawianych stóp. W niektórych miejscach
szlak zbliża się do samej krawędzi klifu. Podnosząc na chwilę wzrok
spod nóg, widzimy z prawej strony błękitny ocean, a z lewej suchą,
lekko pofalowaną pustynię, po której przesuwają się tumany luźnego
szarobrunatnego piasku. Gdzie niegdzie w niewielkich zagłębieniach
skalnych widać wysuszone rośliny, głównie porosty i suchokrzewy. Jedynym
przejawem życia, które się rozwija, są kępki żółtych kwiatów, trochę
przypominające nasz wilczomlecz. Po godzinnym marszu przez pofalowaną,
brunatną pustkę, stajemy na skarpie u stóp której złoci się mała plaża.
Wychodzące w morze z obydwu stron skaliste wybrzeże, tworzy zatokę
ze szmaragdową i turkusową wodą, w zależności od jej głębokości i
budowy dna. Leżące na środku zatoczki skałki i luźne głazy zachęcają
do nurkowania. Nie jesteśmy jednak do tego przygotowani. Żałujemy
tym bardziej, że chętnie spłukalibyśmy pustynny pył, który czujemy
na każdej części ciała. Dalsza droga jest już przyjemniejsza dla oczu.
Wspinając się na kolejny wysuszony pagórek wiemy, że po jego zdobyciu
staniemy znów nad piękną zatoczką z małą plażą. Ludzi na nich niewiele.
Coraz częściej widzimy natomiast wielbicieli opalania nago. Dochodząc
do Punta Papagayo widzimy w oddali wśród rozpadających się kamiennych
lepianek, sklepik. Czyżby fatamorgana? Nie, sklepik jest rzeczywistością.
Ma nawet kilku klientów, którzy tak jak my wybrali się na luźny spacerek,
bez większego przygotowania. Nie zważając na to, że puszka coli i
mała 0,5 l butelka wody kosztuje 4 euro, ratujemy się od zupełnego
wyschnięcia naszych organizmów. Jesteśmy po drugiej stronie półwyspu.
Tutaj na plaży widać tylko nudystów. Decydujemy się więc i my. Nie
ma zresztą innego wyboru. Wybraliśmy się bez strojów kąpielowych i
jeżeli chcemy się schłodzić i opłukać z wulkanicznego pyłu, to musimy
zrzucić nasze ubranka. Nikt raczej nie zwraca na nas uwagi, co dodaje
nam odwagi. Godzina odpoczynku na złotym piasku z odgłosami szumu
oceanu regeneruje nasze siły i pozwala nam ruszyć w drogę powrotną.
Wycieczka świetna. Brakowało nam tylko: wystarczającej ilości napojów,
strojów kąpielowych, sprzętu ABC do nurkowania i dobrego obuwia do
przemierzania pustynnych ścieżek. Biorąc pod uwagę, że nie powtarzamy
starych błędów, to na następny "spacer" - nawet najkrótszy
- przygotujemy się dużo lepiej. CD...