Z podróży. Szczecin - Brest, cz. I
 
Wiem, wiem, dawno nie pisałem. Przygotowania przedrejsowe, a później nie najlepsza pogoda zniechęcały mnie do chwycenia za "długopis". W tej chwili telepiemy się na atlantyckim swell-u, posuwając niespiesznie na motorku w kierunku Brestu. Ale po kolei.
Wyruszyliśmy z dwudniowym opóźnieniem - tzn. 06 października - i to tylko dzięki Czeronowi, Gajowemu i Dymkowi, którzy przeprowadzili Karfiego ze Szczecina do Świnoujścia. Samo zaprowiantowanie zajęło nam kilka dni, a nasz stary kombiaczek obracał kilka razy z zakupami. O dziwo wszystko się zmieściło, a nawet zostało trochę miejsca. Wprawdzie dziób Karfiego poszedł do góry o dobre 15 cm, ale i tak jacht dziarsko poruszał się do przodu. Tak więc późnym wieczorem - a raczej wczesną nocą - stawiliśmy się z Ewą i Młodym Wilkiem w Świnoujściu. Rankiem śniadanie, pożegnanie z Czeronem - dzięki któremu wiele rzeczy na Karfim trzyma się kupy - oddajemy cumy i przed siebie. Zapomniałem dodać, że wieziemy również otrzymaną od rodziny Gajowego malutką choinkę w doniczce. Jak na razie to znosi tę podróż morską chyba najlepiej z nas wszystkich.
Wyszliśmy na Zatokę Pomorską przy siódemce z południa. Normalnie bym nigdy tego nie zrobił, ale brak czasu i fakt, że może być gorzej wywarły na mnie tak dużą presję, że postanowiłem złamać swoje zasady. Zresztą Karfi pod samą genuą zachowywał się super, a żegluga była raczej przyjemna. Po sześciu godzinach mijaliśmy Jasmund, pod którgo osłoną zmieniliśmy przedni żagiel na małego foczka. Wiatrowskaz pokazywał już powyżej 40 węzłów, a wiatr obrócił się na zachodni. Szybko nastający zmierzch i coraz mocniejsze szkwały pomogły nam w podjęciu decyzji o zawinięciu do Lohme. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że sektorowa lampa wejściowa nie świeci, ale znajomość wejścia pozwoliła nam - mimo tego - bezpiecznie minąć główki. Po chwili staliśmy na spokojnej wodzie grzejąc się przy farelce i popijając gorącą herbatę. Oj nie ma to jak ciepła kolacja, a potem sucha pościel. Nawet kąpiel jest niepotrzebna, to już jutro. Na razie jesteśmy padnięci jak po szychcie w kopalni. Następny dzień zaczął się od raczej smutnej wiadomości. Andrzej "Dymek" ze względów rodzinnych musi nas opuścić. Wielka szkoda, bo każda para rąk jest potrzebna, szczególnie w takich warunkach pogodowych, jakie widać za falochronem. Ale trudno, mamy nadzieję, że Andrzej dołączy do nas w drodze powrotnej do Szczecina. Pozostali zakładają najmniejszego foka, jaki jest na stanie - całe 16 metrów - i wychodzimy w morze. Do Arkony jest raczej spokojnie. Pełna połówka pozwala rozwijać na naszej chusteczce po siedem węzłów. Potem trochę miny nam zrzedły. Bajdewind pod pięciometrową falę daje nam do wiwatu. Wprawdzie Gajowy twierdzi, że nie spodziewał się, iż Karfi tak dzielnie będzie się zachowywał, ale nie zmienia to faktu, że pod wieczór jesteśmy mokrzy i zmęczeni. Haslowaliśmy się cały dzień, a faktycznie przebyta droga do przodu to zaledwie trzydzieści parę mil. Już 08 października, my na wysokości Hiddensee, a 12 października mamy być pod Amsterdamem. Pomimo tego musimy się gdzieś schować i przeczekać sztorm. Tak, to już sztorm. Wiatrowskaz pokazuje prawie cały czas od 40 do 43 węzłów i to prosto w dziób. Wprawdzie w dzień - pomagając sobie silnikiem na małej naprzód - halsujemy się po prawie 5 węzłów, ale zapadające ciemności "przypominają" nam o zdrowym rozsądku. I tak ok. 2100 stoimy na wewnętrznych wodach pomiędzy Rugią a Hiddensee w malutkim porciku Barnhoft. Najważniejsze, że jest prąd na kei. Włączamy farelkę i zaczynamy suszenie. Drugi dzień "walki", a my jeszcze prawie w domu. Wygląda to tak, jakby Bałtyk nie chciał nas wypuścić poza swoje wody.
Ranek słoneczny i o dziwo całkiem spokojny. Wiaterek 3 do 4 z południa, normalnie bajka. Duży zestaw żagli w górę i wio do Kielu. Żeby nie było za różowo, to najpierw wieczorem wiatr odkręca na zachód, a wczesnym rankiem - czyli ok. 0500 - całkiem "zdycha". Odpalamy silnik i powolutku taplamy się na zachód. Mam cichą nadzieję, że poligon przed Kielem jest pusty, ale były to tylko nadzieje. Kuter patrolowy grzecznie poprosił nas o zmianę kursu na 310, ponieważ na poligonie odbywa się strzelanie. W ten sposób doszło nam jeszcze dodatkowych 15 mil do pokonania. Oczywiście jakby tego było mało, po godzinie przychodzi piękna, biała jak mleko mgła i to tak gęsta, że ledwo widać dziób Karfiego. W ciągu tych trzech dni od wypłynięcia mieliśmy już wszystko. Sztorm, deszcz, flautę i mgłę. Uf, jestem naprawdę zmęczony...
Wczesnym wieczorem wchodzimy do Holtenau. Gorący prysznic, kolacja i do koi. Jak przyjemnie. Rankiem o 0800 budzi nas bosman. Oczywiście kasa. Zdążyliśmy zapłacić, a tu semafor świetlny na śluzie pokazuje, że droga wolna dla jachtów. W ciągu dwóch minut mamy włączoną maszynę i oddajemy cumy. Wchodzimy do Kanału Kilońskiego.
Jedziemy z Ewunią w ten rejs głównie po to, aby oglądać świat, a tu proszę: trzy porty i nosa poza keję żeśmy nie wystawili. Dobre chociaż i to, że pogoda pozwala nam popatrzeć na krajobrazy po obu stronach kanału. Jest pięknie. Ciepło, sucho i spokojnie. Trochę hałasuje silnik, ale i tak go lubimy. Przyszedł czas na wietrzenie choinki, która całe trzy doby jechała zaształowana pod stołem. Musi być w pełnej krasie w czasie świąt, a potem posadzimy ją w przydomowym ogródku w Szczecinie. Będzie to na pewno jedyna choinka - obieżyświat.
Do Brunsbitel podchodzimy wczesnym wieczorem. Udaje się nam dostać prawie od razu do śluzy. Po drugiej stronie mamy sprzyjający prąd i wiatr, więc bez przystanku płyniemy dalej na Morze Północne. Dzisiaj 10 października, a my dopiero na Elbie. Zapada smutna decyzja. Jeżeli chcemy zobaczyć Amsterdam, musimy zrezygnować z Helgolandu. Trudno, może w drodze powrotnej nam się uda zajrzeć tu. Zaciskamy zęby i ciurkiem po dwóch dobach, czyli 13 października koło południa cumujemy w Ijmuiden. Jeszcze po drodze - przed portem - oczywiście na flaucie, urywa nam się mocowanie pięty bomu. Mosiężne śruby pamiętające czasy Siudego nie wytrzymują targania na martwej fali, gubią łby i okucie odpada od masztu. Na szczęście grot żagiel cały. Demontujemy bom, oczywiście wtedy zaczyna wiać, więc na samej genule pokonujemy końcówkę trasy. Zawiadomiony przez komórkę nasz niezastąpiony przyjaciel pracujący w Niemczech, czyli Józeczek, przyjeżdża wieczorem z kompletem wierteł i wiertarką. Powiększamy otwory w okuciu bomu, gwintujemy szóstką i mocujemy 14 nierdzewnych śrub. Teraz musi trzymać. Żegnamy się z Józeczkiem i wstępnie umawiamy się na marzec na Wyspach Kanaryjskich.
W międzyczasie przyjeżdża następna załoga, która chce zwiedzić trasę do Cherbourga. Kolacja, zasłużone piwko i spać. Jutro cały dzień zwiedzania Amsterdamu. Wrażenia z tego zwiedzania w osobnej relacji. Tutaj chcę zająć się tylko przebytą przez nas drogą. Tak więc po następnej nocy w Ijmuiden żegnamy Gajowego i Młodego Wilka, oddajemy cumy i wychodzimy do Scheveningen. Port celowo niezbyt odległy, żeby nowa załoga mogła się zapoznać z jachtem, a poza tym chcemy zobaczyć Hagę. Pogoda piękna. Słońce, wiatr 4 do 5. Na samej genule jedziemy jak "małe samochodziki". Po drodze atrakcja w postaci kontroli granicznej na wodzie. Przystojni, młodzi Holendrzy dobili pięknie pontonem do naszej lewej burty - trochę zgięli sztyce wskakując na nasz pokład - sprawdzili nam paszporty i życzyli miłej podróży. Trochę się dziwili, skąd mamy tyle urlopu, żeby popłynąć na Kanary i z powrotem, ale to akurat nie był ich problem. Po postoju w Scheveningen i zwiedzeniu Hagi wyruszyliśmy dalej z nadzieją na jakiś port w Belgii lub jakąś małą francuską marinę. Pogoda jednak kazała mi wybrać bezpośredni kierunek na Cherbourg. Według komunikatów została nam doba w miarę spokojnej pogody, a później miało znowu zrobić się sztormowo. Sprawdziło się co do joty. Na jakieś 8-9 godzin przed Cherbourgiem trzeba było najpierw zrzucić grota, a po następnych 3 godzinach zmienić genuę na nieodzownego foczka. Ostatnie 6 godzin walczyliśmy z wiatrem 7 do 8 w skali Beauforta. Przed samym wejściem do awanportu wiatr całkiem "zdechł", ale na horyzoncie pokazała się bardzo ciemna chmura. Zdążyliśmy włączyć silnik i zrzucić żagiel, gdy przyszło potężne szkwałowe uderzenie od strony wymarzonego wejścia do portu, razem z silnie tnącym deszczem. Całe zjawisko trwało z 15-20 minut. W tym czasie zostałem zmuszony przez szkwał do zawrócenia na silniku i ustawienia się rufą do wiatru. Karfi na samym maszcie osiągał prędkość 7 węzłów, a wiatrowskaz określał siłę wiatru na 55-60 węzłów. Widoczność spadła może do 50 metrów. Po głównej nawałnicy wiatr uspokoił się do 30 węzłów i z wielkim trudem zawróciliśmy do portu, posuwając się względem dna jakieś 2,5 węzła. Tak nas przywitał Cherbourg. Oczywiście po dojściu do kei całej załodze zmęczenie przeszło, jak ręką odjął. Kąpiele, spacery, małe co nieco do przekąszenia i na miasto. Halo, kochana załogo, a jacht?
To dzięki niemu cali dojechaliście do tego portu i to jemu należy poświęcić czas w pierwszej kolejności. Ale to już temat na osobny artykulik. Zbieram się do napisania o aktualnym podejściu do żeglowania, ale temat jest dla mnie tak niewdzięczny, że mi się po prostu nie chce. Ogólnie rzecz biorąc to nastawienie większości obecnych załóg jest bardzo konsumpcyjne, na zasadzie przyjechać, przepłynąć, zdobyć opinię - pozytywną i najlepiej z podwójną ilością godzin niż było rzeczywiście. A jacht, a etyka żeglarska, a wspólne życie załogi, a to, że jak nas widzą, tak o nas mówią? "To nie o nas mówią, tylko o takim czerwonym jachcie". I tutaj kółko się zamyka. Co, znowu się czepiam?
Mam przed oczami zdziwione miny załogantów, którzy mówią: "o co ci chłopie chodzi"? A mi się już nie chce mówić któryś z kolei raz "o co mi chodzi". Poza tym ktoś, kto uważa się za żeglarza powinien wiedzieć "o co chodzi". Ja, dopóki nie wiedziałem "o co chodzi", nie miałem szans na dopuszczenie do egzaminu na żeglarza jachtowego. Panowie jachtowi i morscy powinni na pewno wiedzieć "o co chodzi". Aby zakończyć ten temat powiem tylko, że wielu z nich powołuje się na naszego wielkiego kapitana, który sam głośno mówi, że został kapitanem, żeby nie mieć wacht kambuzowych. Myślę, że jemu chodziło trochę o coś innego, ale młodzi realizują jego hasło bardzo dosłownie. Nie tylko w kambuzie, ale wszędzie. Jak najmniej zrobić, jak najwięcej wziąć.
I tak rozstaliśmy się z naszą załogą w Cherbourgu. A tak przy okazji, to przepraszam Gajowego i Młodego jeżeli byłem zbyt nadgorliwy, ale Wy w porównaniu z innymi to jesteście super żeglarzami. Ale żebyście nie myśleli, że jest tak dobrze, to powiem, że zawsze może być jeszcze lepiej.
Do Cherbourga dojechał jeden chętny na pozwiedzanie wybrzeży Bretanii. Były to pierwsze strony, które udało się nam zwiedzić trochę dokładniej niż te do tej pory. Stanęliśmy na dwóch Wyspach Kanałowych tj. Alderney, z powodu silnego sztormu i przeciwnego prądu, oraz na Jersey z tego względu że chcieliśmy. O wrażeniach - jak już pisałem wcześniej - będzie osobno. Po Jersey przyszła kolej na St. Malo. Piękne XVIII-wieczne miasto otoczone murami obronnymi, które kojarzy się ze słynnym korsarzem Cartierem (tak, tak słynna biżuteria i zegarki mają swój początek w łupieskich wyprawach prapradziadka korsarza). W St. Malo trafiliśmy na przygotowania do startu do Regat Rumowych na trasie St. Malo - Gwadelupa. Kilkadziesiąt jachtów od wielkich trimaranów, poprzez szybkie jednokadłubowe wyścigówki, można było oglądać i dotykać. Jachty, stoiska firmowe, samochody zaplecza technicznego, tłumy oglądających i to wszystko w tle majestatycznych baszt i murów, robiło wielkie wrażenie. W St. Malo trafiliśmy na pływ syzygijny. Różnica poziomu wody wysokiej i niskiej sięgała powyżej 10 metrów. Tak więc suchą nogą można było dotrzeć na okoliczne wysepki - skały, na których były wybudowane obronne forty, strzegące wejścia do zatoki i do miasta. Piękne widoki...
Wczoraj wieczorem pożegnaliśmy St. Malo korzystając z przychylnych prądów i spokojnej pogody. Odkładamy - powoli - mila za milą, drogę w stronę Brestu. Wiaterek od czwórki do zera. Pomagamy sobie czasami silnikiem i w ten sposób zbliżamy się do końca naszego pierwszego etapu. Etap drugi to Biskaje i półwysep Iberyjski. Na zewnątrz już czarno, pomimo że to dopiero 2000. Wiatr 3, ale płyniemy pod prąd, więc tylko 1,5 węzła. Moja kolej na wachtę. Mam nadzieję, że następna noc będzie już w porcie. CD...

Pisane na pozycji: szerokość 49o00,4' N i długość 003o22,5'W

P.S. Stoimy już w Breście. Na razie przed nami perspektywa samodzielnej żeglugi przez Biskaje, ale zapowiedzi pogodowe są sprzyjające. Więc za dzień, może dwa w drogę. Młody Wilku - czekamy cały czas. Harmonogram znasz. Załatwiaj przylot. Aha i jeszcze jedno. Odmówiła współpracy moja komórka. Póki nie zdobędę nowej, kontakt tylko mailowy lub na komórkę Ewy 504 422348. Do usłyszenia z Hiszpanii.

Zdjęcia: Ewa Przytuła, Anka Brzosko

© Andrzej Wojciechowski, tel. 696 110005