|
Spodenki
Jest
początek lutego 2004 roku. Od kilku dni jestem po zachodniej stronie
Atlantyku i zwiedzam archipelag Wysp Zawietrznych z pokładu STS "Fryderyk
Chopin". W ten sposób po wielu latach od przeczytania Wyspy
Skarbów, mogłem na własne oczy zobaczyć Wyspy Karaibskie. Mogłem
poczuć ciepło karaibskiego piasku, moczyć się w lazurowych wodach i
osobiście odkrywać piękno otaczającej mnie przyrody. Wyobraźcie sobie
plaże, na których leżą wielkie muszle w takich ilościach, że nie wiadomo,
po którą się schylić. Wyobraźcie sobie palmy targane atlantyckim pasatem,
pod którymi leżą wielkie kokosy. Wyobraźcie sobie dżunglę, w której
słychać niezliczone głosy, głównie jej skrzydlatych mieszkańców, widać
przeróżne formy roślinne i czuć zapach wielkich, kolorowych kwiatów,
a w głębi lasu można pluskać się w krystalicznie czystej wodzie spadającej
z kilkudziesięciometrowych skał. Wyobrażacie sobie? To dobrze.
Do tego zaczarowanego świata należałoby jeszcze dodać jeden szczegół.
Bardzo ważny szczegół, bez którego ten świat może nie byłby tak atrakcyjny.
To ludzie, którzy w nim żyją. Ludzie, którzy zasymilowali się z tym
miejscem i jego przyrodą. Ludzie serdeczni i weseli, którzy niegdzie
się nie spieszą, mają dużo czasu dla siebie i dla innych.
Po odwiedzeniu dużych wysp, takich jak Martynika czy St. Lucia, popłynęliśmy
na archipelag St. Vincent & Grenadines. W odróżnieniu od tych wymienionych
wyżej, do których dotarł europejski styl życia, na Grenadines czas płynie
dużo wolniej. Jest mniej turystów, tubylcy są jeszcze bardziej mili
i życzliwi. Nie czujesz się tam anonimowo, ponieważ każdy przybysz jest
od razu rozpoznawany i przyjmowany jak znajomy, który przybył w odwiedziny.
Gościnność, z jaką przyjmuje się tu obcych, zależy często od jakichś
małych szczegółów, na które w "normalnym" świecie nie zwrócono
by uwagi. Zależy od serdeczności, jaką Im okażesz, od tego, czy szanujesz
ich prywatność, od pierwszych słów, z którymi zwrócisz się do napotkanego
mieszkańca wyspy, a czasami od całkiem niezamierzonych sytuacji, na
przykład od ubioru...
I taką historię chciałbym Wam opowiedzieć.
Jedna z wysp, którą odwiedziliśmy, szczególnie zapisała się w mojej
pamięci. Mayreau to niewielka wysepka w pobliżu najlepszego na Karaibach
miejsca do nurkowania - małego archipelagu Tobago Cays. Po stanięciu
na kotwicy i podzieleniu wacht okazało się, że bosman - czyli ja - ma
wolne w pierwszej kolejności. Zabraliśmy się więc z Pawłem na pierwszy
rekonesans po wyspie. Mieszka na niej około 200 osób. Wnętrze lądu górzyste
i w większości pokryte kolczastymi krzakami. Jedyna osada znajdowała
się na dość stromym i wysokim wzgórzu, z którego jest przepiękny widok
na okoliczne rafy i wysepki. Poza zatoką, w której stanęliśmy na kotwicy,
są jeszcze dwie mniejsze, urocze zatoczki, w których kotwiczyło kilka
jachtów. Całość można było spokojnie zwiedzić na piechotę w trzy godziny.
W niektórych miejscach szerokość lądu była tak mała, że będąc na brzegu
nawietrznym widziałem maszty "Chopina", stojącego w zatoce
po stronie zawietrznej. Skończywszy pierwszy obchód postanowiliśmy wejść
do jednej z dwóch knajpek znajdujących się na wyspie. Pomoc w wyborze,
do której wejść przyszła ze strony uśmiechniętego afrykanera, który
zaczepił nas słowami: "are you ok.?" i zaprosił do środka.
Zamówiliśmy po piwie u młodej, uśmiechniętej "czekoladki"
i rozsiedliśmy się na tarasie podziwiając najbliższą okolicę. Chłodne
piwo - po wycieczce - smakowało podwójnie dobrze i szybko się skończyło.
Jakież było nasze zdziwienie, gdy obsługująca nas kelnerka przyniosła
- bez próśb z naszej strony - następne dwa. Trochę byłem speszony, nie
wiedziałem bowiem, jakie okażą się koszty tej chojności, a wychodząc
ze statku nie braliśmy za dużo pieniędzy. Uspokoiły mnie słowa dziewczyny,
która stwierdziła, że "to od szefa". Po chwili na dwóch talerzach
przyniosła jakąś mięsną potrawę przypominającą gulasz - smakowała zresztą
wybornie - mówiąc znowu, że "to od szefa". Byliśmy z Pawłem
zaskoczeni, ale stwierdziliśmy, że nie wypada odmówić. Zakładaliśmy,
że w ten sposób łapie się naiwnych turystów a prawdopodobnie nikt z
tubylców nie zakłada, że biały nie ma przy sobie pieniędzy. Policzyliśmy
jednak szybko, że wspólnie powinniśmy się wypłacić... Jednak, gdy po
skończeniu drugiej kolejki i smacznej przekąski przyniosła trzecią kolejkę
piwa, stwierdziliśmy, że trzeba uciekać z tego lokalu, bo inaczej będą
nas musieli wykupywać koledzy. Poprosiłem o rachunek z duszą na ramieniu.
Jakie było nasze zdziwienie, kiedy zobaczyliśmy, że rachunek jest tylko
za jedną - naszą pierwszą - kolejkę. Zadowolony uregulowałem rachunek,
dając dodatkowo duży napiwek i udaliśmy się na żaglowiec. Cztery godziny
wachty kotwicznej minęły szybko. Wieczorem postanowiliśmy jeszcze raz
odwiedzić przyjazną knajpkę namawiając do tego kilku naszych pasażerów
i członków załogi stałej, aby w ten sposób odwdzięczyć się za popołudniowe
przyjęcie. Przed wejściem przywitał nas ten sam afrykaner z wielkim
uśmiechem i tymi samymi słowami "are you ok.?". Tyle, że tym
razem poza hawajską koszulą, miał na głowie robiony na drutach wełniany,
czarno-czerwono-żółto-zielony beret. Usiedliśmy przy stoliku w większym
gronie. Pozostałe stoliki również były zajęte, prawdopodobnie przez
załogi stojących w małych zatokach jachtów. Przy karaibskiej muzyce
i wesołej atmosferze szybko wszyscy zaczęli się bawić. Dobrym duchem
tej zabawy był "nasz" znajomy afrykaner, który chodził od
stolika do stolika i z niegasnącym uśmiechem zadawał to samo pytanie
"are you ok.?" Długo nie trzeba było czekać, by wszyscy ruszyli
na "parkiet". Nie ukrywam, że radzę sobie nieźle w tańcu,
na co zwrócił uwagę nasz czarny "przyjaciel". Okazało się
zresztą, że to właśnie on był szefem tego lokalu. Podszedł do mnie i
łapiąc mnie za moje krótkie spodenki powiedział "it is good colours,
you have black soul. You are good men."
I wtedy nastąpił u mnie przebłysk myśli. Przypomniałem sobie nasze pierwsze
spotkanie popołudniowe. Byłem tak samo ubrany w hawajską koszulę i te
same krótkie spodenki, co wieczorem. Spodenki w kolorach: czarnym, czerwonym,
żółtym i zielonym, czyli dokładnie w takich, jakie były na berecie właściciela
lokalu. To dzięki tym barwom, które całkiem nie zamierzone znalazły
się na moim ubranku, zostałem tak serdecznie przyjęty za pierwszym razem.
Nieświadomie zwróciłem na siebie uwagę autochtona, a zachowaniem i tańcem
sprawiłem, że przyjął mnie jak swojego ziomka. Ostatnie zdania nie wynikają
z mojej próżności. Jeszcze wielokrotnie odwiedzając zimą 2004 roku wyspę
Mayreau spotykałem się z Robertem - bo tak miał na imię. Witaliśmy się
zawsze jak starzy znajomi. W 2005 roku niestety nie mogłem odwiedzić
Karaibów. Dostałem jednak pocztówkę od swojego przyjaciela Marka - który
dotarł znowu na pokładzie "Chopina" na Karaiby - z pozdrowieniami
właśnie z Mayreau, do których dopisał się Robert. Pocztówka przedstawia
zresztą bohatera tej opowieści na dachu jego domu.
Kolorowe spodenki czekają na moją kolejną wyprawę za ocean. Na pewno
będę je miał na sobie, gdy będę lądował pontonem na plaży wyspy Mayreau.
Z żeglarskim
pozdrowieniem
Andrzej Wojciechowski
Zdjęcia
autor
|
|