Nasze początki II
 
 

FC RACE

Jak już wspomniałem, od 2001 r. zaczęliśmy łączyć nasze rejsy z imprezami organizowanymi przez mieszkańców portów, które odwiedzaliśmy. Pierwszy z nich to udział w zorganizowanej przez Makroregion Pomerania imprezie pod nazwą FC RACE. Na początku krótkie wprowadzenie.
Makroregion Pomerania to związek czterech gmin, sąsiadujących ze sobą przez Bałtyk. Są to: Południowa Skania w Szwecji, duński Bornholm, niemiecka Rugia i polskie Świnoujście. Korzystając z pomocy Unii Europejskiej postanowiły umożliwić żeglarzom spotkanie i poznanie swoich atrakcji.
Informacja o imprezie dotarła do nas w kwietniu 2001 r. Wykorzystując znajomość z prywatnym armatorem jachtu typu Carter 30 zaproponowaliśmy mu, że przygotujemy jacht do sezonu a w zamian za to - za rozsądną cenę - dostaniemy jacht w wybranych terminach na własne potrzeby.
7 lipca ruszyliśmy na północ, obierając kurs na port Klintholm, który wyznaczyliśmy sobie na punkt zborny przed wyruszeniem na start FC RACE. Klintholm przywitał nas zachodem słońca i do granic możliwości zapchaną mariną. Nasi przyjaciele byli już na miejscu i dzięki temu znaleźliśmy gościnne miejsce cumowania przy burcie s/y "ZRYW", z kapitanem Wojtkiem i załogą Pałacu Młodzieży ze Szczecina. Obok stał "Hajduk", którego prowadził wówczas "Misiek", znany wielu żeglarzom z pokładu "Pogorii".
Po zacumowaniu całą załogą zostaliśmy zaproszeni przez Wojtka na gorącą herbatę oraz coś słodkiego. "ZRYW" - od kiedy zaczął nim dowodzić Wojtek - zawsze miał w kambuzie coś słodkiego. Rozmowy o "praojcach" i nowych planach przeciągnęły się do północy, ale mieliśmy jeszcze cały dzień na wypoczynek. Bo właśnie po wypoczynek pływa się do Klintholm. Cała osada to nawet nie ulica. To pół ulicy, ale w ramach postoju - tylko 100 duńskich koron za Cartera - mamy: prysznic, saunę, basen i zmyślnie przygotowany plac zabaw, który skusił niektórych członków załogi. Wprawdzie prysznic kosztuje dodatkowo 5 koron, ale na basenie jest całkiem za darmo. Jeżeli dodamy do tego piękną plażę z białym piaskiem na którym opalają się dziewczyny (głównie w topless), czystą wodę w morzu oraz możliwość zrobienia całkiem niedrogich zakupów, to zrozumiecie, dlaczego jest to port do którego warto przypłynąć. Klintholm jest również idealny do rozpoczęcia dalszej żeglugi. Jeżeli mocno wieje to jedziemy na zachód w Bełty (takie duże Mazury), a jeżeli nie wieje sztormowo, to na Kopenhagę, do południowej Szwecji lub na Bornholm.
Dzień minął szybko, zgodnie z zasadą, że wszystko, co dobre, kończy się szybko. Jako pierwszy opuścił port "Hajduk", gdyż jako najszybszy postanowił jeszcze odwiedzić Kopenhagę. Natomiast nasz "STANISŁAW" ze "ZRYWEM" wyruszyły wieczorem w drogę do Ystad na start do FC RACE. Mieliśmy przed sobą całą noc żeglugi, połączonej z intensywnym szkoleniem. Tak, tak, najlepiej się szkoli w praktyce. Trasa do Ystad jest dość trudna, zważywszy na przecięcie jej z kilkoma rutami statków płynących do i z kanału Kilońskiego, do i z portów Sundu, z naszego Świnoujścia, z portów Szwecji i bóg tylko jeden wie skąd jeszcze!
Właśnie na takiej trasie załoga na własnej skórze przekonuje się, co znaczy dobra praktyka morska w czasie pełnienia wachty. Sami stwierdzają, że najważniejsza w żegludze jest obserwacja i podejmowanie decyzji co do kursu własnej jednostki. Sami przekonują się, że nie można wymagać od szybko "pędzących" statków, reakcji na nasz maleńki punkcik na ich radarach. Sami stwierdzają, że owszem kurs, poprawka na wiatr, deklinacja, dewiacja, ... itd., są ważne, ale najważniejsze to mieć oczy dookoła głowy, nie spać na wachcie i nie słuchać wolkmena.
Żaden żeglarz, któremu fundujemy taką nocną wachtę, na pewno nie narazi nigdy swoich śpiących kolegów. Najważniejsze w takim nocnym pływaniu ze świeżą załogą to oczywiście... kapitan nie śpi całą noc, ani minuty!!!
Ale wróćmy do atrakcji rejsowych.
Wschód słońca przywitał nas przy podejściu do główek portu. Wiało już całkiem nieźle, jak na naszego Cartera. Południowy-wschód, 6 do 7°B.
Marina oczywiście pęka w szwach, bo poza jednostkami przybyłymi na start stoją jachty, które schroniły się przed nadchodzącym sztormem. Oczywiście mamy znowu szczęście, bo szybszy od nas "ZRYW" (jacht klasy Taurus, protoplasta Spaniela), trzyma dla nas miejsce przy swojej burcie. Mimo nieprzespanej nocy, nikomu nie chce się iść do koi. W związku z tym szybki klar, delegat wysłany po ciepłe bułki na śniadanie. Nie zabierajcie ze sobą za dużo chleba z kraju. W Europie chleb nie jest drogi, a przyznacie, że nie ma nic lepszego na śniadanie jak chrupiące pieczywo. Chyba, że są jeszcze tacy, którzy uważają, że żeglarz powinien walczyć z pleśnią na bochenku, ale to ich problem, a Wam nie życzę trafić na taki jacht.
W ramach imprezy uczestnicy mają postój za darmo. Oczywiście truizmem byłoby mówienie, że są prysznice, pralki automatyczne, sauna. Pamiętajcie: to wszystko jest w każdym porciku, nawet najmniejszym, gdzie ledwo zmieści się 10 jachtów. Więcej nie będę wracał do tego tematu.
Przy zgłoszeniu się u organizatorów otrzymujemy plan miasta, szczegółowy program oraz wyszczególnione miejsca, które warto odwiedzić. Wieczorem oczywiście spotkanie wszystkich uczestników z władzami miasta, z organizatorami FC RACE, a po części oficjalnej, przy świetnie grającym zespole, rozpoczęła się zabawa integracyjna. Zapomniałem dodać, że dotarły ze Szczecina jeszcze cztery jachty, w tym dwa zaledwie 6,5 metrowe z bardzo młodą załogą. Nie będę wcale zarozumiały pisząc, że to właśnie my - Polacy - rozgrzaliśmy atmosferę do "czerwoności". Niemki, Szwedki i Dunki piszczały z zachwytu nad umiejętnościami tanecznymi naszych par. Jedna z nich - na zakończenie imprezy w Sassnitz - otrzymała nawet w nagrodę, statuetkę dla najbardziej roztańczonej pary regat.
Neptun chyba czuwał nad całą imprezą, bo gdy staliśmy w porcie zwiedzając, bawiąc się i zawierając nowe znajomości, na morzu wiało 8 do 9°B. W dzień startu wiała tylko trójeczka.
Pierwszy etap wiódł z Ystad do Ronne na Bornholmie, gdzie o 18.00 miał na nas czekać pieczony baran i beczka piwa (może dwie).
Na początku trochę deszczu, podmuchy do 4°B, wszyscy płyną w grupie, ale koło południa zaczyna słabnąć. Przez radio słychać, jak ci z wolniejszych jachtów zaczynają między sobą dyskusje, co ważniejsze, stanie na flaucie czy integracja żeglarska przy pieczonym baranie, na którą przy tym wietrze nie ma szans zdążyć. Trudno powiedzieć, kto pierwszy włączył maszynę, ale coraz więcej jednostek zaczęło znikać na horyzoncie zwijając pospiesznie żagle. Kolektywnie podjęliśmy decyzję, że płyniemy na żaglach, jak regaty to regaty. W Ronne byliśmy ok. 01.00 w nocy. Oczywiście barana już zjedli, piwo wypili i okazało się, że byliśmy jedynym jachtem, który nie włączył silnika. Najważniejsze, że załoga była z siebie dumna i chyba zadowolona, ale na następnych etapach postanowiliśmy nie być już tak ambitnymi. W sumie była to impreza towarzysko-poznawcza, a forma regat miała ją tylko uatrakcyjnić. Poza tym na drugi dzień, gdy Duńczycy podstawili autokary, aby pokazać nam najbardziej interesujące miejsca na Bornholmie, jako jedyni byliśmy wstanie oglądać i słuchać tego, co mówił przewodnik. Jednak dwie beczki piwa swoje zrobiły.
Wycieczka była naprawdę interesująca, poznaliśmy miejsca, gdzie zazwyczaj żeglarze nie docierają. Dlatego, że nie wiedzą o nich lub nie wiedzą jak tam dotrzeć. Najlepiej w porcie wypożyczyć rowery. Jeżeli przyjdziecie całą załogą, to możecie się targować o niższą stawkę. Oczywiście róbcie to z humorem, mówiąc miłe rzeczy właścicielowi, a na pewno się uda. Na Bornholmie jest przeszło 200 km ścieżek rowerowych, które zaprowadzą was do najciekawszych miejsc na wyspie. W wypożyczalni dostaniecie też mapki i przewodniki (po polsku też są), z którymi nie powinniście zabłądzić.
Po powrocie z wycieczki zorganizowano regaty na Optymistach. Jedyny warunek, zawodnik musiał mieć więcej niż 25 lat. Z polskich załóg zgłosiłem się ja i jeszcze jeden załogant ze "ZRYWA". Reszta to obcokrajowcy. Na własnej skórze przekonałem się, że to nie takie proste. Największym problemem było wykonanie zwrotu przy bomie, który za każdym razem, zamiast łagodnie zmienić burtę, zatrzymywał mi się na plecach. Oczywiście przy którejś "rufie" z bomem na plecach, i mocniejszym szkwale, musiało skończyć się wywrotką. Trzeba było słyszeć zachwyt zgromadzonych załóg na kei, gdy dawałem nura pod wodę. Żeby było śmieszniej, to po pierwszej wywrotce i postawieniu Optymista, na drugim okrążeniu sytuacja się powtórzyła. Ambitnie jednak dokończyłem bieg. Wygrał sympatyczny Szwed, który, jak się później okazało, za swoich młodych lat był mistrzem Szwecji w klasie Optymist. Z takimi to można przegrywać.
Następny etap to nasze kochane Świnoujście. Kochane z sentymentu. Jednak polskie załogi trochę się bały zderzenia z naszą polską rzeczywistością. Wprawdzie władze Świnoujścia przekazały żeglarzom Basen Północny jako miejsce postojowe dla całej flotylli, ale wiedzieliśmy, że nowy dzierżawca miał tylko dwa miesiące, aby przygotować się na przyjęcie prawie 50 jednostek. Męczyło nas pytanie, jak nasi nowo poznani przyjaciele przyjmą naszą smutną żeglarską rzeczywistość. Na razie jednak należało pokonać 77 Mm (w linii prostej) z Ronne do Świnoujścia.
Wiatr początkowo 6°B szybko wzrósł do 7°B, ale regaty to regaty. Wiało z północnego-zachodu. Postawiliśmy największą genuę, mocno wiążąc grota na bomie, żeby go nam nie wywiało, i jazda na południe. Wiało już tłustą siódemką, a im dalej na południe, tym większa zaczęła robić się fala, pędzona od wybrzeży Szwecji. Tuż przed zmierzchem - po wysłuchaniu pogody - robimy krótką naradę z oficerami. Wiatr cały czas z północnego-zachodu, nie większy niż 8, załoga wypoczęta, do Świnoujścia zostało 40 Mm, jeszcze oględziny olinowania stałego, rzut oka na żagiel i decyzja: nie zrzucamy, jedziemy na "gieni" do końca. Jacht zachowuje się bardzo poprawnie, coraz częściej sternikowi udaje się zabrać razem z falą podchodzącą od rufy. W ślizgu czujemy się doskonale. "Gorący kubek" dla wszystkich i jeeedziemmmyyyy.
Linię startu przekroczyliśmy o 1800, linię mety o 0345. Czas, niecałe 10 godzin pokonaliśmy wg logu 81 Mm, co dało nam średnią prędkość powyżej 8 węzłów. Załoga zadowolona. Zaczyna marzyć o wzięciu udziału w prawdziwych regatach. Pomyślimy, może w następnym sezonie. Na razie szybki klar. Potem - jak zwykle - stanęliśmy do burty "ZRYWA", po cichu, nikogo nie budząc, i daliśmy nura do koi.
Informacja dla tych, którzy mają możliwość płynięcia na CARTERZE 30 i nie wiedzą, czy to czasem nie za mała łódka.
Potwierdzam stwierdzenia wielu dobrych żeglarzy, m.in. Jerzego Kulińskiego. CARTER to cudowna łódka, bardzo dzielna, w miarę przestronna, całkiem szybka, z niedużym zanurzeniem, łatwa w prowadzeniu i dająca dużo radości z pływania. Przy tym Carter jest stosunkowo tani w czarterze.
Obudziliśmy się o 0900. Przywitało nas słońce i ciepły, lekki wiaterek. Szybka lustracja kei. Z polskich jachtów są wszyscy, nawet 6,5 metrowe maleństwa, które doskonale dały sobie radę z trudnymi warunkami na morzu. Malkontenci, którzy chodzą w białych czapkach z daszkiem i uważają, że znają morze najlepiej, mogli się przekonać, że dobrze wyszkolona załoga i dobrze doklarowana mała łódka - przy 8oB - może spokojnie żeglować i ścigać się z dużo większymi jachtami wcale "nie walcząc o życie".
S/y "ASPOLETKA" i s/y "PASKUDA", bo o tych szczecińskich jachtach piszę, pokazały, jak najtaniej można żeglować po morzu. Czarter takiego jachtu na dobę to ok. 150 zł dla czterech osób. A frajda pływania nie mniejsza niż na Opalu.
Spacer po terenie basenu północnego w Świnoujściu pozwolił na miłe zaskoczenie. Jest prąd na kei - gniazda co kilka metrów - jest woda do tankowania. Są prysznice, toalety i ciepła woda. Wprawdzie prowizoryczne w kontenerach, ale jest. Nie musimy się wstydzić.
Z boku, na trawniku, wybudowana scena. Stoją też duże namioty z browaru szczecińskiego, wypełnione ławami, oj będzie się działo!
Oczywiście atrakcją dla cudzoziemców była wycieczka do latarni morskiej i do fortów, które od niedawna są udostępnione do zwiedzania. Podstawiono autokary do Międzyzdrojów, a po powrocie wieczorem - biesiada przy zespołach szantowych. Zabawa do samego rana. Czujemy się wszyscy, jakbyśmy znali się od wielu lat. Już teraz jesteśmy pewni, że za rok spotkamy się znowu.
Ranek przywitał nas pięknym słońcem i wiaterkiem 3oB. Start wyznaczono o 1100, mamy więc jeszcze trochę czasu. Toaleta, śniadanie, ostatnie rozmowy przed startem. Jest nam bardzo miło. Nasi goście są zachwyceni przyjęciem, jakie zgotowało nam Świnoujście. Według nich jest to najlepszy postój etapowy. Cóż, jest nam naprawdę miło.
Tuż po starcie przyszła flauta. Kilkadziesiąt jachtów stoi spokojnie z obwisłymi żaglami, a ich skipperzy próbują zmusić swoje jachty choć do malutkiego ruchu w stronę Sassnitz. Po dobrej godzinie takiego plażowania przychodzi wiatr ze wschodu. Na początku lekki 2oB, by później zatrzymać się na 4 do 5oB. Mamy, więc tzw. ostry baksztag i załoga patrzy na mnie błagalnie, czekając na upragnioną komendę "przygotować spinaker do postawienia". Wszyscy w mgnieniu oka zajmują swoje - wyznaczone wcześniej - stanowiska. Po ok. czterech minutach jesteśmy gotowi. "Spinaker góra" i po chwili czerwono-czarny "balon" chwyta wiatr, a jacht zachowuje się, jak koń po dotknięciu ostrogami. Żegluga na spinakerze - poza oczywistą frajdą - wymaga dużego skoncentrowania, zarówno ze strony sternika, jak i załogi, obsługującej szoty i brasy. Po czterech godzinach takiej żeglugi widać już w oddali wysoki, klifowy brzeg Rugii, którego biel wapiennych skał kontrastuje z soczystą zielenią porastających go lasów. Jeszcze dwie godziny i widzimy już wejście do portu Sassnitz.
Wejście do tego portu, jest usytuowane w linii wschód-zachód, postanawiamy więc nieść spinaker do samego końca i zrzucić go dopiero przed zwrotem w główkach portu. Manewr wyszedł nadzwyczaj dobrze, co wywołało aplauz zgromadzonej na główkach portu publiczności.
Następny dzień to oczywiście wycieczki autokarami po całej Rugii. Jesteśmy wszyscy mile zaskoczeni bogactwem natury oraz zabytków, które są pielęgnowane z największym oddaniem.
Do Sassnitz przypływaliśmy wielokrotnie we wcześniejszych rejsach. Nigdy jednak nie robiliśmy wycieczek w głąb lądu. Dopiero nasi niemieccy koledzy pokazali nam, że to, co najciekawsze, kryje się poza portem. Zachęcam wszystkich żeglarzy zawijających do Sassnitz, zorganizujcie się, wypożyczcie rowery lub udajcie się pieszo poza port. Odkryjecie zupełnie nieznaną Rugię.
Wieczorem wszyscy udaliśmy się na oficjalny raut, który był jednocześnie zakończeniem imprezy.
Były przemowy burmistrzów Sassnitz i Ronne oraz oficjalnych przedstawicieli Ystad i Świnoujścia.
I najważniejsza ceremonia, rozdanie nagród. W klasie jachtów dużych (powyżej 9 m), do której nasz Carter należał, wygrały oczywiście szybkie jachty zachodnie. Największy z nich miał 21 m długości i on też zdobył pierwsze miejsce i piękny puchar.
My - Polacy - mieliśmy za to swój ogromny sukces w klasie jachtów małych. Zdobyliśmy wszystko, co można było zdobyć. Nasze "maluchy" 6,5 metrowe wywalczyły I, II i III miejsce, za co otrzymały puchary (naprawdę piękne i duże). Jak już wcześniej pisałem, para z jachtu "Aspoletka" zdobyła tytuł najmilszej i najbardziej roztańczonej pary regat. Otrzymali piękną statuetkę z brązu.
Nie będzie przesady w stwierdzeniu, że dzień wręczania nagród był dniem polskim.
Zabawa trwała do rana i skończyła się ogólnym zbieraniem podpisów wszystkich uczestników na dyplomach i wymianą adresów.
Załoga stwierdziła, że jest to najlepszy rejs, jaki do tej pory przeżyli. Poza zdobyciem stażu morskiego i połknięciem bakcyla rywalizacji w regatach, poznali dużo ciekawych miejsc w głębi lądu i radosnych ludzi, czego nie doświadczyli na dotychczasowych rejsach. Postanowiliśmy więc organizować następne nasze rejsy, wykorzystując imprezy w portach docelowych. Następna taka okazja, nadarzyła się już w sierpniu. Więcej

Z żeglarskim pozdrowieniem
Andrzej Wojciechowski

© Andrzej Wojciechowski, tel. 696 110005
 
webmaster: Ewa Przytuła