Moje pierwsze rejsy
 
 


Było to naprawdę dawno, dlatego pamięć nie wszystko potrafi odtworzyć. Ale właśnie o to chodzi. Pamiętamy to, co warto pamiętać. To, co było dla nas ważne i miało wpływ na nasze życie. Dlatego przyszła mi ochota powrotu wspomnieniami do prawie trzydziestu lat wstecz. Ówczesne żeglarstwo było zupełnie inne niż teraźniejsze. Nie chcę powiedzieć, że tamto było lepsze, ale na pewno inne. Ci, którzy wówczas szli na morze nie mówili, że "płacą i im się należy". Byliśmy wdzięczni losowi, że chciał nas tak wyróżnić.
Idąc na morze znaliśmy dokładnie każdy szczegół jachtu. Potrafiliśmy go naprawić, jeżeli była taka potrzeba. Wiedzieliśmy, co zrobić w każdej sytuacji, jak się zachować i jak współżyć z pozostałymi członkami załogi, aby spędzić ten czas jak najefektywniej i jak najprzyjemniej. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że nic nam się nie należy. Mogliśmy i chcieliśmy dać jak najwięcej z siebie dla jachtu, który niósł nas do nieznanych lądów. Nikt nie uważał, że poddaje się jakiemuś wojskowemu drygowi. Po prostu takie był zasady i jeżeli komuś to nie odpowiadało, to nikt go do tego nie zmuszał. Uważam, że te zasady nadal obowiązują. Zasady te tworzyły się przez tysiąclecia, od kiedy człowiek zaczął żeglować. I jeżeli ktoś teraz mówi, że te wszystkie "regulaminy" są przestarzałe i do niczego, to tak jakby chciał zmienić bieg ziemi. A ziemia kręci się dalej i to w tę samą stronę.
Nie o tym chciałem pisać, ale na wspomnienie starych, "dobrych" czasów, przyszła mi chęć zajęcia swojego stanowiska w odpowiedzi na lawinę krytycznych wypowiedzi dotyczących zasad "dobrej praktyki morskiej". Mamy jednak demokrację i nie będę nikomu niczego narzucał. Ja po prostu pływam z tymi, którzy chcą żeglować, a nie być wożonymi.
Wróćmy jednak do moich pierwszych morskich sezonów żeglarskich.

Lato 1977 roku. Drewniane jachty - Orchidea typu Vega i Iskra-70 typu Enif - pierwsze, na których zacząłem swoją przygodę z morzem i podróżami.
Jednak najlepsze jachty nie byłyby nic warte gdyby nie ludzie, którzy na nich pływają. Składając mi życzenia noworoczne w 2004 roku kapitan Andrzej Drapella powiedział, że nie jest ważne, na czym płyniesz; ważne z kim. Życzył mi dobrej kompanii, z którą każdy rejs będzie świetny. Na razie jego życzenia się spełniają.
Tak też było na Orchidei i Iskrze-70.
To wówczas pierwsze kroki w żeglarstwie morskim stawiali tacy moi koledzy jak: kpt. Marek Frycz, kpt. Wojtek Drewniak, śp. kpt. Adaś Barcz, Piotr Olszewski, Krzysiu Pańka czy też Romek Mądry, a swoje pierwsze samodzielne rejsy prowadzili kpt. Marek Hermach i kpt. Piotr Barcz. Nasza grupa liczyła chyba z 40 osób. Nie sposób wymienić wszystkich. To u nas wykluło się hasło "Praca przeszkadza ci żeglować? Zmień pracę!". Oczywiście po wejściu w pełną dorosłość większość zweryfikowała to hasło. Ale zasady, którymi kierowaliśmy się w żeglarstwie, bardzo nam pomogły w otaczającej nas rzeczywistości.

W pierwszy rejs wyszedłem na Orchidei pod dowództwem Marka Hermacha. Nie wszyscy teraz wiedzą, że wyjście w morze wiązało się z koniecznością posiadania tzw. "klauzuli pływań morskich". Było to coś na kształt paszportu, ale upoważniało tylko do odwiedzania polskich portów. Tak więc pierwsze rejsy morskie były tzw. krajówkami. Bardzo często taki rejs zaczynał się w Świnoujściu, opływało się połowę Bałtyku i kończyło znowu w Świnoujściu. Pamiętam, jak niezliczoną ilość razy podpływaliśmy pod Bornholm i Christianso tak blisko, jak tylko to było możliwe i przyglądaliśmy się lepszemu światu. Nazywaliśmy to "lizaniem cukru przez szybkę". Pamiętam jeden "wyczyn", to już były lata 80., kiedy na Polonezie (tak, tym słynnym Baranowskiego) weszliśmy do portu Christianso. W sam środek pełnego jachtów portu, na żaglach. Zrobiliśmy zwrot w tył i jak gdyby nigdy nic wypłynęliśmy. Służby graniczne w Świnoujściu o nic nie pytały, nie wiedzieli. Mieliśmy fart.
Wracając do pierwszego rejsu. Wychodziliśmy kilka minut po północy, tak żeby była już sobota. W piątki nigdy nie wypływaliśmy w morze. Rzucało nami nieźle. Wkoło mnóstwo świateł statków stojących na redzie Świnoujścia. Teraz takiego widoku już nie zobaczycie. Nie było widać światła latarni morskiej, a już widziało się "wesołe miasteczko", czyli redę.
Pełniłem funkcję na oku, wypatrując wśród setek świateł tych właściwych, czyli statku w drodze. Po cichu czekałem na symptomy choroby morskiej, ta jednak nie nadchodziła. Powiem nawet, że zaczął dokuczać mi głód. Kiedy kapitan wydał polecenie zrobienia czegoś do jedzenia, chętnie zająłem się kambuzem. I tak już zostało, to chwili obecnej. Im mocniej kiwa, tym bardziej jestem głodny. To wszystko, co pamiętam z pierwszego rejsu.
Drugi zostawił trochę więcej w mojej pamięci. Był to rejs na Iskrze-70 dookoła Rugii.
Był to równocześnie pierwszy rejs, który miał charakter odkrywczy. Spenetrowaliśmy dokładnie wyspę Rugię wchodząc nawet na jej wewnętrzne wody. Było płytko, ale daliśmy radę. Bez GPS-ów, echosond i innych współczesnych wynalazków nie weszliśmy ani razu na mieliznę i zawsze wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy. Może nie było to takim wielkim wyczynem, ale musicie wiedzieć, że mieliśmy po 17 lat, a kapitan 21. Jak na tamte czasy nie było to takie powszechne.
Pamiętam, jakie wrażenie zrobił na mnie wysoki brzeg Jasmundu. Jest to najładniejszy klifowy brzeg na Bałtyku, a może nie tylko. Duże wrażenie zrobił na mnie Stralsund, który już wtedy był bardzo ładnym miastem. W odróżnieniu od ówczesnego Sassnitz, które było w większości opanowane przez wojska radzieckie. Pamiętam, jak zaraz po zacumowaniu w Sassnitz, przyjechał na keję barkas (to taki bus NRD-owski), i wysiadło z niego 5 żołnierzy z kałachami. Oczywiście przypłynęliśmy tam najzupełniej legalnie, jako harcerze z zaprzyjaźnionego, bratniego kraju. Musieliśmy się tłumaczyć z dobre 2 godziny. Dopiero potem mogliśmy wyjść na keję i pójść do miasta. Oczywiście jeden z żołnierzy został przed jachtem, jako "ochrona". Żołnierze zmieniali się dopóki nie wypłynęliśmy z portu. To była "przyjaźń" miedzy narodami. Nigdzie więcej nie powtórzyła się już taka sytuacja w tym rejsie.
Patrząc teraz na piękną i zadbaną Rugię, czasami przypomina mi się ta szara, obskurnie zabudowana wyspa i nerwowa atmosfera tamtych lat.
Ale byliśmy rządni wrażeń i pełni chęci do odkrywania świata. Nic nie mogło nam w tym przeszkodzić, nawet ówczesny ustrój.
To wtedy pierwszy raz zacząłem odkrywać nieznany świat, który wcześniej znałem tylko z książek. To na Iskrze-70 zrobiłem w 1978 roku swój następny - pierwszy "zachodni" - rejs, z kapitanem Olgierdem Franckowskim. Ten czas na pewno zaważył na tym, że wybrałem żeglarstwo jako sposób na poznawanie świata, a teraz, jako sposób na życie... I tak już chyba zostanie.

Z żeglarskim pozdrowieniem
Andrzej Wojciechowski

© Andrzej Wojciechowski, tel. 696 110005
 
webmaster: Ewa Przytuła