Miejsce następnego postoju miało być tylko miejscem etapowym a nie
noclegowym. Musieliśmy jeszcze przed nocą wyjść na otwarte morze,
po stronie zachodniej archipelagu. Wyspą, na której zrobiliśmy sobie
przerwę na 3-godzinny postój była Westray. Znaleziony na mapie porcik
o nazwie Pierowall okazał się zupełnie innym, niż ten, w którym
cumowaliśmy ostatnio. Może miało na to wpływ również słońce, które
po kilku dniach nieobecności wyjrzało zza chmur, miło przygrzewając.
Pierowall, poza bardziej zróżnicowaną zabudową, miało jeszcze jeden
atut. Wreszcie zobaczyliśmy zieleń pastwisk pełnych owiec i kolorowe
kwiaty. W kontakcie z błękitną wodą zatoki i złotymi piaskami plaż
wszystkie te barwy tworzyły sielankowy krajobraz. Na pastwiskach
wzdłuż szosy pasło się kilka koni, które Krzyś - jako prawdziwy
koniarz - od razu obłaskawił. W drodze powrotnej do portu spotkaliśmy
dwóch Polaków, którzy legalnie przyjechali tu do pracy. Pracowali
w nowoczesnej piekarni, którą dzięki nim zwiedziliśmy. Kontrakt
mieli na rok, ale już myśleli, aby go przedłużyć. Wymiana "telefonów",
bo nigdy nie wiadomo, czy się nie przydadzą i w drogę. Następny
port to Stromness na południowo-zachodnim brzegu wyspy Mainland.
Wychodzimy tak, aby jeszcze za dnia przejść cieśninę Papa Sound
pomiędzy wyspami Westray i Papa Westray i ominąć od północy przylądek
Noup Head. Tu rozpoczynają się wysokie, skaliste brzegi, wystawione
na bezpośrednie działanie fal Oceanu Atlantyckiego. Pogoda nam sprzyja.
Umiarkowany wiatr, piękne słońce pozwalają na bliskie trzymanie
się brzegu. O zmierzchu widoczność nagle się pogarsza. Wchodzimy
w strefę gęstej mgły. Odchodzimy wiec bardziej w morze, aby niepotrzebnie
nie ryzykować. Radar ustawiony na 6 Mm penetruje niewidoczne wybrzeże.
Prawie po omacku o 0100 w nocy wchodzimy do cieśniny Hoy Sound.
Mgła jest tak gęsta, że światła lamp sektorowych prowadzących do
portu ukazują się bardzo późno. Na małej naprzód przechodzimy cieśninę.
Dopiero milę przed portem mgła rzednie. Wchodzimy do zatoki, na
której końcu rozłożyło się drugie co do wielkości miasto archipelagu
- Stromness. Wchodząc coraz głębiej do zatoki zauważamy maszty jachtów.
Jest ich bardzo dużo. Dawno nie widzieliśmy tylu jednostek. Znajdujemy
wolne miejsce przy zewnętrznym pomoście i cumujemy. Jest po 0200
i większość załogi idzie spać. Ja z Krzysiem - jak zwykle - idziemy
na rekonesans. Zawsze nas ciekawi, jakie jachty stoją, skąd przypłynęły.
Zawsze można się dowiedzieć jakichś newsów. I tym razem jest podobnie.
Pomimo późnej pory na jednym z jachtów para Brytyjczyków raczy się
whisky. Są bardzo życzliwi i rozmowni. Tak więc po chwili wiemy
już, gdzie są prysznice, ile kosztuje postój, jak wyjść i wejść
na teren portu, czyli znamy kod wejściowy. Dla naszych informatorów
fakt, że przypłynęliśmy z Polski, to duży wyczyn. Gdy dowiedzieli
się, że pływamy również w nocy, uznali że jesteśmy bardzo dobrymi
żeglarzami. Ranek ukazał nam całe piękno otaczających nas krajobrazów.
Już wcześniej od mieszkańców Kirkwall słyszeliśmy, że jest to najbardziej
urocze miejsce na Orkadach. Rzeczywistość potwierdzała to na każdym
kroku. To trzeba po prostu zobaczyć!
Przeglądając z Ewą foldery turystyczne stwierdziliśmy, że ledwo
otarliśmy się o prawdziwe piękno tych wysp. Postanowiliśmy wówczas,
że wrócimy tu jeszcze na dłużej. W Stromness spędziliśmy dwa dni,
a i tak z żalem opuszczaliśmy ten uroczy zakątek. Było nam mało.
Czas jednak był nieubłagany, a droga do Walii - gdzie była przewidziana
wymiana załogi - daleka. Wytyczyliśmy kurs pomiędzy wyspami Hoy
i Mainland, później prawą burtą minęliśmy Flotta i Swona, a lewą
South Ronaldsay. Następnie skręcamy prosto na zachód. Przed nami
osławiony Pentland Firth. Oczywiście czas mamy tak wyliczony, aby
prąd był korzystny i pomagał nam. Przy prawie kompletnym braku wiatru
(niektórzy członkowie załogi są tym bardzo zmartwieni) płyniemy
we właściwym kierunku z prędkością 6-7 węzłów. Dość dobra widoczność
pozwala podziwiać klifowe wybrzeża, przysłonięte wiszącymi nisko
chmurami. W ten sposób po kilku godzinach pokonaliśmy "nieprzejednaną"
cieśninę, która wzbudza tyle emocji wśród braci żeglarskiej. Jak
to stwierdził jeden z członków załogi, "dobrych Neptun nie
sprawdza", i oby tak było zawsze.
Przed nami Hebrydy. Już wiemy, że będziemy mogli odwiedzić tylko
jeden port - Stornoway. Na więcej nie będzie czasu. Po minięciu
Pentland Firth zaczęło wiać z zachodu 3 do 4, i jak nie wierzyć
w przychylność Neptuna? Przed południem wchodzimy do zatoki Stornoway
Harbour, gdzie na końcu znajduje się przystań z widokiem na okazały
zamek. Na brzegu widać wrzosy i drzewa, co po surowych krajobrazach
Orkad wydaje się nam dżunglą. Słońce przygrzewa dużo mocniej, to
przecież prawie 58 równoleżnik. Jest tak ciepło, że postanowiliśmy
z Ewą wykąpać się w morzu. Z tym kąpaniem to trochę przesada, ale,
jak to mówi Ewa, "możnaby się schłodzić". Wskakuję do
lodowatej wody i po chwili jestem zdrętwiały z zimna. Całe szczęście,
że kamienista plaża (same małe otoczaki), jest mocno nagrzana. To
ratuje mnie przed zamarznięciem. Drugi raz nie dam się tak łatwo
namówić. Teraz Ewa wskakuje do wody, a ja wygrzewam się na brzegu.
Wieczorem spacer po mieście, zwiedzanie zamku i pięknego ogrodu
wokół. Wkrótce znowu w drogę...
Płynąc
na południe wzdłuż brzegów archipelagu mijamy kuszące wejścia do
fiordów. Hebrydy to następne wyspy, na które jeszcze na pewno wrócimy
i to na dłużej. Przez te niecałe 10 dni włóczęgi po wyspach północnej
Szkocji czuję wielki niedosyt. To, co ujrzeliśmy, stanowi ledwo
przedsionek do pięknych odkryć. Ta wyprawa wzbudziła we mnie wielki
apetyt na więcej. Na pewno tu wrócimy, przynajmniej ja z Ewą. Zabierzemy
również tych, którzy mają naturę włóczykija. Nie można się spieszyć,
bo wówczas nie zauważamy tego, co jest najpiękniejsze.
Pozostał nam już tylko powrót do cywilizacji. Odwiedziliśmy po drodze
Belfast i Dublin, gdzie powszechnym językiem na ulicy jest polski.
Napiliśmy się guinessa, pokręciliśmy po pubach... W Pembroke (Walia)
musieliśmy zakończyć naszą włóczęgę po ciekawych, leżących trochę
z boku utartych szlaków turystycznych zakątkach naszego globu. Wiem,
że w swoich podróżach będę szukał właśnie takich dzikich miejsc,
gdzie niczym nie skrępowana przyroda ukazuje swoje pełne piękno.
Z
żeglarskim pozdrowieniem
Andrzej Wojciechowski
Zdjęcia:
Bartek Tomczak, Józek Hładuń, Ewa Przytuła i autor