O R K A D Y 2005 (3)
 
 


Miejsce następnego postoju miało być tylko miejscem etapowym a nie noclegowym. Musieliśmy jeszcze przed nocą wyjść na otwarte morze, po stronie zachodniej archipelagu. Wyspą, na której zrobiliśmy sobie przerwę na 3-godzinny postój była Westray. Znaleziony na mapie porcik o nazwie Pierowall okazał się zupełnie innym, niż ten, w którym cumowaliśmy ostatnio. Może miało na to wpływ również słońce, które po kilku dniach nieobecności wyjrzało zza chmur, miło przygrzewając. Pierowall, poza bardziej zróżnicowaną zabudową, miało jeszcze jeden atut. Wreszcie zobaczyliśmy zieleń pastwisk pełnych owiec i kolorowe kwiaty. W kontakcie z błękitną wodą zatoki i złotymi piaskami plaż wszystkie te barwy tworzyły sielankowy krajobraz. Na pastwiskach wzdłuż szosy pasło się kilka koni, które Krzyś - jako prawdziwy koniarz - od razu obłaskawił. W drodze powrotnej do portu spotkaliśmy dwóch Polaków, którzy legalnie przyjechali tu do pracy. Pracowali w nowoczesnej piekarni, którą dzięki nim zwiedziliśmy. Kontrakt mieli na rok, ale już myśleli, aby go przedłużyć. Wymiana "telefonów", bo nigdy nie wiadomo, czy się nie przydadzą i w drogę. Następny port to Stromness na południowo-zachodnim brzegu wyspy Mainland. Wychodzimy tak, aby jeszcze za dnia przejść cieśninę Papa Sound pomiędzy wyspami Westray i Papa Westray i ominąć od północy przylądek Noup Head. Tu rozpoczynają się wysokie, skaliste brzegi, wystawione na bezpośrednie działanie fal Oceanu Atlantyckiego. Pogoda nam sprzyja. Umiarkowany wiatr, piękne słońce pozwalają na bliskie trzymanie się brzegu. O zmierzchu widoczność nagle się pogarsza. Wchodzimy w strefę gęstej mgły. Odchodzimy wiec bardziej w morze, aby niepotrzebnie nie ryzykować. Radar ustawiony na 6 Mm penetruje niewidoczne wybrzeże. Prawie po omacku o 0100 w nocy wchodzimy do cieśniny Hoy Sound. Mgła jest tak gęsta, że światła lamp sektorowych prowadzących do portu ukazują się bardzo późno. Na małej naprzód przechodzimy cieśninę. Dopiero milę przed portem mgła rzednie. Wchodzimy do zatoki, na której końcu rozłożyło się drugie co do wielkości miasto archipelagu - Stromness. Wchodząc coraz głębiej do zatoki zauważamy maszty jachtów. Jest ich bardzo dużo. Dawno nie widzieliśmy tylu jednostek. Znajdujemy wolne miejsce przy zewnętrznym pomoście i cumujemy. Jest po 0200 i większość załogi idzie spać. Ja z Krzysiem - jak zwykle - idziemy na rekonesans. Zawsze nas ciekawi, jakie jachty stoją, skąd przypłynęły. Zawsze można się dowiedzieć jakichś newsów. I tym razem jest podobnie. Pomimo późnej pory na jednym z jachtów para Brytyjczyków raczy się whisky. Są bardzo życzliwi i rozmowni. Tak więc po chwili wiemy już, gdzie są prysznice, ile kosztuje postój, jak wyjść i wejść na teren portu, czyli znamy kod wejściowy. Dla naszych informatorów fakt, że przypłynęliśmy z Polski, to duży wyczyn. Gdy dowiedzieli się, że pływamy również w nocy, uznali że jesteśmy bardzo dobrymi żeglarzami. Ranek ukazał nam całe piękno otaczających nas krajobrazów. Już wcześniej od mieszkańców Kirkwall słyszeliśmy, że jest to najbardziej urocze miejsce na Orkadach. Rzeczywistość potwierdzała to na każdym kroku. To trzeba po prostu zobaczyć!
Przeglądając z Ewą foldery turystyczne stwierdziliśmy, że ledwo otarliśmy się o prawdziwe piękno tych wysp. Postanowiliśmy wówczas, że wrócimy tu jeszcze na dłużej. W Stromness spędziliśmy dwa dni, a i tak z żalem opuszczaliśmy ten uroczy zakątek. Było nam mało. Czas jednak był nieubłagany, a droga do Walii - gdzie była przewidziana wymiana załogi - daleka. Wytyczyliśmy kurs pomiędzy wyspami Hoy i Mainland, później prawą burtą minęliśmy Flotta i Swona, a lewą South Ronaldsay. Następnie skręcamy prosto na zachód. Przed nami osławiony Pentland Firth. Oczywiście czas mamy tak wyliczony, aby prąd był korzystny i pomagał nam. Przy prawie kompletnym braku wiatru (niektórzy członkowie załogi są tym bardzo zmartwieni) płyniemy we właściwym kierunku z prędkością 6-7 węzłów. Dość dobra widoczność pozwala podziwiać klifowe wybrzeża, przysłonięte wiszącymi nisko chmurami. W ten sposób po kilku godzinach pokonaliśmy "nieprzejednaną" cieśninę, która wzbudza tyle emocji wśród braci żeglarskiej. Jak to stwierdził jeden z członków załogi, "dobrych Neptun nie sprawdza", i oby tak było zawsze.
Przed nami Hebrydy. Już wiemy, że będziemy mogli odwiedzić tylko jeden port - Stornoway. Na więcej nie będzie czasu. Po minięciu Pentland Firth zaczęło wiać z zachodu 3 do 4, i jak nie wierzyć w przychylność Neptuna? Przed południem wchodzimy do zatoki Stornoway Harbour, gdzie na końcu znajduje się przystań z widokiem na okazały zamek. Na brzegu widać wrzosy i drzewa, co po surowych krajobrazach Orkad wydaje się nam dżunglą. Słońce przygrzewa dużo mocniej, to przecież prawie 58 równoleżnik. Jest tak ciepło, że postanowiliśmy z Ewą wykąpać się w morzu. Z tym kąpaniem to trochę przesada, ale, jak to mówi Ewa, "możnaby się schłodzić". Wskakuję do lodowatej wody i po chwili jestem zdrętwiały z zimna. Całe szczęście, że kamienista plaża (same małe otoczaki), jest mocno nagrzana. To ratuje mnie przed zamarznięciem. Drugi raz nie dam się tak łatwo namówić. Teraz Ewa wskakuje do wody, a ja wygrzewam się na brzegu. Wieczorem spacer po mieście, zwiedzanie zamku i pięknego ogrodu wokół. Wkrótce znowu w drogę...
Płynąc na południe wzdłuż brzegów archipelagu mijamy kuszące wejścia do fiordów. Hebrydy to następne wyspy, na które jeszcze na pewno wrócimy i to na dłużej. Przez te niecałe 10 dni włóczęgi po wyspach północnej Szkocji czuję wielki niedosyt. To, co ujrzeliśmy, stanowi ledwo przedsionek do pięknych odkryć. Ta wyprawa wzbudziła we mnie wielki apetyt na więcej. Na pewno tu wrócimy, przynajmniej ja z Ewą. Zabierzemy również tych, którzy mają naturę włóczykija. Nie można się spieszyć, bo wówczas nie zauważamy tego, co jest najpiękniejsze.
Pozostał nam już tylko powrót do cywilizacji. Odwiedziliśmy po drodze Belfast i Dublin, gdzie powszechnym językiem na ulicy jest polski. Napiliśmy się guinessa, pokręciliśmy po pubach... W Pembroke (Walia) musieliśmy zakończyć naszą włóczęgę po ciekawych, leżących trochę z boku utartych szlaków turystycznych zakątkach naszego globu. Wiem, że w swoich podróżach będę szukał właśnie takich dzikich miejsc, gdzie niczym nie skrępowana przyroda ukazuje swoje pełne piękno.

Z żeglarskim pozdrowieniem
Andrzej Wojciechowski

Zdjęcia: Bartek Tomczak, Józek Hładuń, Ewa Przytuła i autor

© Andrzej Wojciechowski, tel. 696 110005
 
webmaster: Ewa Przytuła