O R K A D Y 2005 (1)

 
 


Ostatni rejs, który zakwalifikowałbym raczej jako wyprawę żeglarską, to daleka północ Wysp Brytyjskich. Wyprawa została zorganizowana przez grupę przyjaciół, którzy co roku - w prawie niezmienionym składzie
- organizują ciekawe rejsy. Trasa została wytyczona ze Szczecina przez Falsterbokanal, Sund, Kattegat, Skagerrak, Morze Północne, północną Szkocję, Orkady, Pentlant Firth, Hebrydy, Irlandię, a zakończyć się miała w Walii. Czas, którym dysponowaliśmy to 23 dni, jednostką zaś był "Dar Szczecina". Głównym celem było zwiedzenie archipelagu Orkadów oraz przejście ze wschodu na zachód cieśniny Pentland Firth.
Naszą przygodę rozpoczęliśmy 14 czerwca 2005 roku. Po zaształowaniu całego prowiantu, co wcale nie było takie proste, oddaliśmy cumy. W związku z tym, że ostatni załogant miał do nas dołączyć za trzy dni w Kopenhadze, postanowiliśmy nie spiesząc się odwiedzić Bornholm, a później przez Falsterbokanal dotrzeć do stolicy Danii. Kopenhaga jest jednym z niewielu wielkich miast, gdzie "mógłbym mieszkać". W ten sposób oceniam atrakcyjność danego miejsca. Zazwyczaj są to małe miasteczka jak np. Wisby, lub jakieś bardzo urocze miejsca np. szkiery szwedzkie. Do tej pory z wielkich miast na mojej liście znalazła się Kopenhaga, Lizbona i może Hamburg...
Pierwszy raz byłem w Kopenhadze w 1978 r. z kapitanem Olgierdem Franckowskim, na Iskrze-70. Spędziliśmy tam cały tydzień i to właśnie dzięki Olkowi, który codziennie pokazywał nam nowe atrakcje, mogłem w miarę dokładnie poznać miasto, która mnie zauroczyło. I tak jest do dzisiaj.
W wejściu do basenu Royal Yacht Club, niedaleko słynnej Syrenki, czekał już na nas Józek, który odebrał cumy. Tak więc byliśmy już w Kopenhadze, stając obok znajomej Lady B. Wieczorem zwiedzaliśmy miasto. Opuściliśmy Kopenhagę następnego dnia z zamiarem stanięcia dopiero w Skagen na ostatni prysznic przed przelotem przez Morze Północne. Warunki pogodowe na początku dość optymistyczne, zaczęły się jednak zmieniać. Gdy byliśmy jeszcze przed zamkiem Hamleta, wiatr ustalił swój kierunek na NNW i zaczynał wiać coraz solidniej. Po wyjściu na Kattegat mieliśmy już 6 do 7 i to prosto w dziób. Słońce, które przy tym świeciło, powodowało, że żegluga była przyjemna, ale konieczność halsowania wydłużała naszą drogę do celu. Późnym wieczorem wiatr stężał do 8°B. Odebrana prognoza mówiła, że dopiero następnego dnia się uspokoi. Fala była coraz większa i żegluga przestawała być przyjemna. Po namyśle stwierdziłem, że lepiej się wyspać, niż walczyć z morzem. Najbliższy port był w odległości ok. 25 Mm. Był to szwedzki Halmstad. Zmieniliśmy kurs na półwiatr lewego halsu i po 3 godzinach byliśmy na podejściu do portu. Jeszcze chwila i staliśmy na cumach. Rano pobudka, prysznic i zwiedzanie miasteczka, bo nie wiadomo czy kiedykolwiek będzie okazja tu znowu zawitać. Wieczorem wychodzimy w morze. Biorąc pod uwagę nieprzewidziany postój w Halmstad, postanowiliśmy ominąć Skagen i ruszyć od razu na wody Skagerraku. Kierunek wiatru pozwalał płynąć bajdewindem prosto do Kristiansand w południowej Norwegii. Bez przeszkód, po dobie płynięcia, znaleźliśmy się u wejścia do szkierów, którymi dopłynęliśmy do miasta. Kristiansand jest doskonałym portem przed dłuższym przelotem. Przed nami kilka dni w morzu w drodze do Szkocji, gdzie znajdował się wybrany przez nas port Wick. Morze Północne przyjęło nas łaskawie. Wiatr 4 do 5, bajdewind nie zmuszał do halsowania. Duże przejaśnienia, pierwsze delfiny, mijane wieże wiertnicze urozmaicały trzydobowy przelot. Jakieś 20 mil morskich (Mm) przed Wickiem wiatr całkiem osłabł. Włączyliśmy więc maszynę i po 4 godzinach cumowaliśmy w wewnętrznym basenie portowym. Port ten został wyznaczony jako miejsce przygotowawcze przed skokiem na Orkady. Większość załogi była tu w ubiegłym sezonie, wracając z wyprawy na Szetlandy. Dlatego zapoznanie się z miastem i okolicą było ułatwione. Miło było usłyszeć od wielu ludzi, między innymi od miejscowego pastora, że lubi się tutaj Polaków. Miejscowi pamiętają o polskich lotnikach walczących w czasie II wojny. Wielu z nich osiedliło się tu, założyło rodziny, a ich dzieci i wnuki pamiętają, że swoje korzenie mają w Polsce. Po krótkim odpoczynku byliśmy gotowi na realizację głównego założenia naszej wyprawy - penetracji archipelagu Orkad. Korzystając z prądu, zaledwie po trzech godzinach ujrzeliśmy pierwsze fragmenty lądu. Więcej

Zdjęcia: Bartek Tomczak, Józek Hładuń, Ewa Przytuła i autor

© Andrzej Wojciechowski, tel. 696 110005
 
webmaster: Ewa Przytuła