Korzystając z dogodnego prądu, zaledwie po trzech godzinach ujrzeliśmy
pierwsze fragmenty lądu. Zdawaliśmy sobie sprawę, że dokładnie nie
będziemy w stanie zwiedzić wysp, ale postanowiliśmy zajrzeć do jak
największej ilości miejsc. W pobliżu pierwszej z wysp orkadzkich -
South Ronaldsay - wynurzył się przed nami czarny grzbiet z trójkątną
płetwą grzbietową. Słyszeliśmy wyraźnie odgłosy oddychania i fontanny
wydmuchiwanej wody. To była orka. Próby zbliżenia się do zwierzęcia
nie na wiele się zdały. Zwierzę unikało kontaktu, widocznie przeszkadzaliśmy
mu w kolacji. Po 10 minutach zniknęło. Wróciliśmy więc na kurs do
głównej wyspy - Mainland. Po drodze mijaliśmy małe, bezludne skrawki
lądu i pojedyncze skały, na których roiło się od ptactwa. Na niektórych
stały latarnie morskie, jednak wszystko wyludnione, melancholijnie
puste i ciche. Nie widać także drzew ani krzewów, tylko skały. Do
stolicy archipelagu - Kirkwall zostało kilka mil, a my wciąż w dziewiczych
krajobrazach. Dopiero tuż przed portową zatoką, po minięciu najwęższego
miejsca pomiędzy wyspami Mainland a Shapinsay, po prawej burcie ukazał
się nam okazały zamek, a po lewej - zabudowania sporego miasteczka.
Jeszcze kilka minut i zmieniamy kurs o 90 stopni w lewo. Po chwili
wchodzimy pomiędzy główki portu Kirkwall. Jest późny wieczór, ale
wszyscy ciekawi nowego miejsca wybierają się na pierwszy spacer. Tym
bardziej, że trzeba znaleźć toalety i prysznice. Bosman będzie dopiero
następnego dnia - tak wynika z pisemnej informacji umieszczonej na
pomoście. Miasteczko typowo szkockie. Niskie domy z szarego kamienia,
z charakterystycznymi kominami w ścianach szczytowych. Dużo zabytkowej
(XII w.) zabudowy sakralnej i obronnej, utrzymanej w doskonałym stanie.
Wyspa Mainland jest największą w całym archipelagu. Nie chcę tu przytaczać
liczb, które opisują ten zakątek ziemi. Dane te znajdziecie na internetowych
stronach dotyczących ORKNEY`S
ISLAND`S. Ja natomiast spróbuję przekazać Wam moje wrażenia. Tych
kilka dni, które przeznaczyliśmy na odkrywanie Orkad, zdecydowanie
nie wystarczyło. Surowe, puste przestrzenie nie sprawiały początkowo
wrażenia przyjaznych. Silne prądy, podwodne skały, bardzo mało dogodnych
do zacumowania miejsc sprawia, że żeglowanie między wyspami archipelagu
nie należy do łatwych. Trzeba z góry dokładnie przeanalizować wybraną
trasę, tak, aby zdążyć do celu przed nocą. Pływanie po zmroku nie
należy do bezpiecznych, a z drugiej strony cały sens pływania po tych
wodach to przepiękne widoki, które w nocy są niestety ukryte. Samo
wyliczenie drogi to zbyt mało. Należy dokładnie sprawdzić kierunki
i prędkość prądów, które spotkamy po drodze. Przechodząc między wyspami
Eday i Calf of Eday, mimo tego, że byliśmy przygotowani na przeciwny
prąd, straciliśmy 4,5 godziny na pokonanie cieśniny o długości 2,3
Mm. A musicie wiedzieć, że Dar Szczecina ma silnik o mocy 125 KM.
Jak już pisałem, pierwszym naszym portem była stolica Orkad - Kirkwall.
Miasto zostało wybudowane w najwęższym miejscu wyspy i dzieli Mainland
na zachodni i wschodni. Kirkwall jest jednym z dwóch miast archipelagu.
Pozostałe skupiska ludzi to wioski i niewielkie osady, niekiedy kilka
domów. Czasami aż dziw, że w takich miejscach ktoś zdecydował się
zamieszkać.
Żądza poznania pomogła wytyczyć nam trasę, jaką chcieliśmy zrobić
w tych kilka zaledwie dni. Chcieliśmy zobaczyć nie tylko stolicę i
główną wyspę, ale również pozostałe. Jak zwykle do głównego planu
wkradły się przypadkowe poprawki. Pierwsza miała miejsce zaraz na
początku trasy. Część załogi została zaproszona - przez przypadek
- do miejscowego jachtklubu na imprezę taneczno-kulturalną. Okazało
się, że wśród mejscowych są także nasi rodacy - wnuki, a tak dokładniej
to wnuczki powojennej emigracji. Oczywiście urodą górowały nad pozostałą
częścią płci pięknej. Od nich dowiedzieliśmy się, że na sąsiedniej
wyspie Shapinsay mieszka sobie Polak, który jest właścicielem zamku.
To ten zamek, który widzieliśmy podchodząc do zatoki Bay of Kirkwall.
No proszę, nie dość, że Polak, to jeszcze właściciel zamku i znacznej
części całej wyspy. Postanowiliśmy więc w drodze do północnych wybrzeży
wyspy Stronsay odwiedzić to miejsce. Odległość 3,5 Mm pomiędzy stolicą
a pirsem przy zamku pokonaliśmy w pół godziny. Płynąc, zaczęliśmy
dokładniej przyglądać się budowli. Zamek był naprawdę duży. Liczne
wieżyczki dodawały mu tajemniczości. Sama bryła budynku wkomponowana
w otaczający go krajobraz - niewielkie wzgórze, zielone łąki, w tle
ściana lasu. Wprawdzie był to bardziej duży park, ale biorąc pod uwagę,
że drzewa na Orkadach to rzadkość, śmiało nazwaliśmy go lasem. Po
zacumowaniu ruszyliśmy do celu drogą wśród łąk, na których pasły się
stada owiec. Po około 400 metrach stanęliśmy pod wielkimi drzwiami.
W oknie pokazała się kobieta. Była kimś w rodzaju zarządcy. Potwierdziła,
że właściciel jest Polakiem, lecz w tej chwili nie ma go w zamku.
Widząc nasze zawiedzione miny, obiecała wykonać telefon anonsujący
szefowi nasze przybycie. Po 20 minutach na dziedziniec zajechał Land
Rover Deferend i wysiadł z niego 2-metrowy olbrzym w roboczym ubraniu.
To był Shapinsky, właściciel zamku. Był pracującym feudałem, przyjechał
prosto z farmy, żeby się z nami zobaczyć. Okazało się, że jest synem
polskiego małżeństwa, które w czasie II wojny wydostało się z okupowanych
terenów. Jego ojciec uciekł prawdopodobnie Katynia lub z transportu
do Katynia. Po wojnie osiedlił się na Orkadach, a w 1956 r. kupił
ów zamek. Shapinsky bywał w Polsce, opowiadał że ma w Gdańsku ciotkę.
Jednak naszego języka nie zna. Nie zmienia to faktu, że czuje się
Polakiem. Przyjął nas serdecznie, pozwolił zajrzeć do zamku, oprowadził
po swoich włościach. Czas nas naglił. Chcieliśmy jeszcze przed nocą
dotrzeć do miejsca postoju na wyspie Stronsay. Pożegnaliśmy więc sympatycznego
rodaka, zostawiając mu album o Szczecinie z naszą dedykacją i ruszyliśmy
na północ. Korzystny wiatr pozwolił nam dotrzeć na miejsce godzinę
przed zmierzchem. Na postój wybraliśmy miejscowość Whitehall. Z mapy
wynikało, że znajdziemy tam przystań. I rzeczywiście, przystań - w
postaci wysokiego, betonowego pomostu - była. Z jednej strony pomostu
było stanowisko dla promu, a z drugiej można było przytulić się do
ścianki larsena. W ten sposób nie musieliśmy martwić się zbytnio o
burty, pozostało tylko czuwać na cumach, gdyż skok wody wynosił przeszło
3 metry. Byliśmy jedynym jachtem. Wokoło żywej duszy. Od pirsu biegła
asfaltowa droga wzdłuż brzegu, przy której stało kilkanaście domków.
W ciągu pół godziny zwiedziliśmy najbliższą okolicę. Było to najbardziej
surowe miejsce ze wszystkich, jakie odwiedziliśmy na Orkadach. Miejsce
"gdzie diabeł mówi dobranoc". Rzeczywiście pozostało się
tylko umyć (ciepła woda oczywiście była - wprawdzie bez prysznica,
ale w umywalkach) i pójść spać. Rano mieliśmy już towarzystwo. Przed
nami stała 40-stopowa Bawaria z norweską banderą. Żadnych ruchów jednak
na pokładzie nie było. Poszliśmy z Ewą na plażę pogrzebać w piasku,
który odsłonił odpływ. I opłaciło się. Znaleźliśmy tam najładniejsze
muszle
- duże, przypominające logo SHELLA. Były ich niezliczone ilości, nazbieraliśmy
tyle, ile zdołaliśmy upchnąć w kieszenie i kaptury. Potem - w kraju
- okazało się, że były one najlepszymi souvenirami, którymi obdarowywaliśmy
znajomych. Ledwo udało się nam kilka zachować dla siebie. Zaraz po
śniadaniu wyruszyliśmy w dalszą drogę, bo do następnej wyspy był spory
kawałek, w tym część drogi pod prąd. Więcej
Zdjęcia: Bartek Tomczak, Ewa Przytuła