O R K A D Y 2005 (2)
 
 


Korzystając z dogodnego prądu, zaledwie po trzech godzinach ujrzeliśmy pierwsze fragmenty lądu. Zdawaliśmy sobie sprawę, że dokładnie nie będziemy w stanie zwiedzić wysp, ale postanowiliśmy zajrzeć do jak największej ilości miejsc. W pobliżu pierwszej z wysp orkadzkich - South Ronaldsay - wynurzył się przed nami czarny grzbiet z trójkątną płetwą grzbietową. Słyszeliśmy wyraźnie odgłosy oddychania i fontanny wydmuchiwanej wody. To była orka. Próby zbliżenia się do zwierzęcia nie na wiele się zdały. Zwierzę unikało kontaktu, widocznie przeszkadzaliśmy mu w kolacji. Po 10 minutach zniknęło. Wróciliśmy więc na kurs do głównej wyspy - Mainland. Po drodze mijaliśmy małe, bezludne skrawki lądu i pojedyncze skały, na których roiło się od ptactwa. Na niektórych stały latarnie morskie, jednak wszystko wyludnione, melancholijnie puste i ciche. Nie widać także drzew ani krzewów, tylko skały. Do stolicy archipelagu - Kirkwall zostało kilka mil, a my wciąż w dziewiczych krajobrazach. Dopiero tuż przed portową zatoką, po minięciu najwęższego miejsca pomiędzy wyspami Mainland a Shapinsay, po prawej burcie ukazał się nam okazały zamek, a po lewej - zabudowania sporego miasteczka. Jeszcze kilka minut i zmieniamy kurs o 90 stopni w lewo. Po chwili wchodzimy pomiędzy główki portu Kirkwall. Jest późny wieczór, ale wszyscy ciekawi nowego miejsca wybierają się na pierwszy spacer. Tym bardziej, że trzeba znaleźć toalety i prysznice. Bosman będzie dopiero następnego dnia - tak wynika z pisemnej informacji umieszczonej na pomoście. Miasteczko typowo szkockie. Niskie domy z szarego kamienia, z charakterystycznymi kominami w ścianach szczytowych. Dużo zabytkowej (XII w.) zabudowy sakralnej i obronnej, utrzymanej w doskonałym stanie. Wyspa Mainland jest największą w całym archipelagu. Nie chcę tu przytaczać liczb, które opisują ten zakątek ziemi. Dane te znajdziecie na internetowych stronach dotyczących ORKNEY`S ISLAND`S. Ja natomiast spróbuję przekazać Wam moje wrażenia. Tych kilka dni, które przeznaczyliśmy na odkrywanie Orkad, zdecydowanie nie wystarczyło. Surowe, puste przestrzenie nie sprawiały początkowo wrażenia przyjaznych. Silne prądy, podwodne skały, bardzo mało dogodnych do zacumowania miejsc sprawia, że żeglowanie między wyspami archipelagu nie należy do łatwych. Trzeba z góry dokładnie przeanalizować wybraną trasę, tak, aby zdążyć do celu przed nocą. Pływanie po zmroku nie należy do bezpiecznych, a z drugiej strony cały sens pływania po tych wodach to przepiękne widoki, które w nocy są niestety ukryte. Samo wyliczenie drogi to zbyt mało. Należy dokładnie sprawdzić kierunki i prędkość prądów, które spotkamy po drodze. Przechodząc między wyspami Eday i Calf of Eday, mimo tego, że byliśmy przygotowani na przeciwny prąd, straciliśmy 4,5 godziny na pokonanie cieśniny o długości 2,3 Mm. A musicie wiedzieć, że Dar Szczecina ma silnik o mocy 125 KM. Jak już pisałem, pierwszym naszym portem była stolica Orkad - Kirkwall. Miasto zostało wybudowane w najwęższym miejscu wyspy i dzieli Mainland na zachodni i wschodni. Kirkwall jest jednym z dwóch miast archipelagu. Pozostałe skupiska ludzi to wioski i niewielkie osady, niekiedy kilka domów. Czasami aż dziw, że w takich miejscach ktoś zdecydował się zamieszkać.
Żądza poznania pomogła wytyczyć nam trasę, jaką chcieliśmy zrobić w tych kilka zaledwie dni. Chcieliśmy zobaczyć nie tylko stolicę i główną wyspę, ale również pozostałe. Jak zwykle do głównego planu wkradły się przypadkowe poprawki. Pierwsza miała miejsce zaraz na początku trasy. Część załogi została zaproszona - przez przypadek - do miejscowego jachtklubu na imprezę taneczno-kulturalną. Okazało się, że wśród mejscowych są także nasi rodacy - wnuki, a tak dokładniej to wnuczki powojennej emigracji. Oczywiście urodą górowały nad pozostałą częścią płci pięknej. Od nich dowiedzieliśmy się, że na sąsiedniej wyspie Shapinsay mieszka sobie Polak, który jest właścicielem zamku. To ten zamek, który widzieliśmy podchodząc do zatoki Bay of Kirkwall. No proszę, nie dość, że Polak, to jeszcze właściciel zamku i znacznej części całej wyspy. Postanowiliśmy więc w drodze do północnych wybrzeży wyspy Stronsay odwiedzić to miejsce. Odległość 3,5 Mm pomiędzy stolicą a pirsem przy zamku pokonaliśmy w pół godziny. Płynąc, zaczęliśmy dokładniej przyglądać się budowli. Zamek był naprawdę duży. Liczne wieżyczki dodawały mu tajemniczości. Sama bryła budynku wkomponowana w otaczający go krajobraz - niewielkie wzgórze, zielone łąki, w tle ściana lasu. Wprawdzie był to bardziej duży park, ale biorąc pod uwagę, że drzewa na Orkadach to rzadkość, śmiało nazwaliśmy go lasem. Po zacumowaniu ruszyliśmy do celu drogą wśród łąk, na których pasły się stada owiec. Po około 400 metrach stanęliśmy pod wielkimi drzwiami. W oknie pokazała się kobieta. Była kimś w rodzaju zarządcy. Potwierdziła, że właściciel jest Polakiem, lecz w tej chwili nie ma go w zamku. Widząc nasze zawiedzione miny, obiecała wykonać telefon anonsujący szefowi nasze przybycie. Po 20 minutach na dziedziniec zajechał Land Rover Deferend i wysiadł z niego 2-metrowy olbrzym w roboczym ubraniu. To był Shapinsky, właściciel zamku. Był pracującym feudałem, przyjechał prosto z farmy, żeby się z nami zobaczyć. Okazało się, że jest synem polskiego małżeństwa, które w czasie II wojny wydostało się z okupowanych terenów. Jego ojciec uciekł prawdopodobnie Katynia lub z transportu do Katynia. Po wojnie osiedlił się na Orkadach, a w 1956 r. kupił ów zamek. Shapinsky bywał w Polsce, opowiadał że ma w Gdańsku ciotkę. Jednak naszego języka nie zna. Nie zmienia to faktu, że czuje się Polakiem. Przyjął nas serdecznie, pozwolił zajrzeć do zamku, oprowadził po swoich włościach. Czas nas naglił. Chcieliśmy jeszcze przed nocą dotrzeć do miejsca postoju na wyspie Stronsay. Pożegnaliśmy więc sympatycznego rodaka, zostawiając mu album o Szczecinie z naszą dedykacją i ruszyliśmy na północ. Korzystny wiatr pozwolił nam dotrzeć na miejsce godzinę przed zmierzchem. Na postój wybraliśmy miejscowość Whitehall. Z mapy wynikało, że znajdziemy tam przystań. I rzeczywiście, przystań - w postaci wysokiego, betonowego pomostu - była. Z jednej strony pomostu było stanowisko dla promu, a z drugiej można było przytulić się do ścianki larsena. W ten sposób nie musieliśmy martwić się zbytnio o burty, pozostało tylko czuwać na cumach, gdyż skok wody wynosił przeszło 3 metry. Byliśmy jedynym jachtem. Wokoło żywej duszy. Od pirsu biegła asfaltowa droga wzdłuż brzegu, przy której stało kilkanaście domków. W ciągu pół godziny zwiedziliśmy najbliższą okolicę. Było to najbardziej surowe miejsce ze wszystkich, jakie odwiedziliśmy na Orkadach. Miejsce "gdzie diabeł mówi dobranoc". Rzeczywiście pozostało się tylko umyć (ciepła woda oczywiście była - wprawdzie bez prysznica, ale w umywalkach) i pójść spać. Rano mieliśmy już towarzystwo. Przed nami stała 40-stopowa Bawaria z norweską banderą. Żadnych ruchów jednak na pokładzie nie było. Poszliśmy z Ewą na plażę pogrzebać w piasku, który odsłonił odpływ. I opłaciło się. Znaleźliśmy tam najładniejsze muszle - duże, przypominające logo SHELLA. Były ich niezliczone ilości, nazbieraliśmy tyle, ile zdołaliśmy upchnąć w kieszenie i kaptury. Potem - w kraju - okazało się, że były one najlepszymi souvenirami, którymi obdarowywaliśmy znajomych. Ledwo udało się nam kilka zachować dla siebie. Zaraz po śniadaniu wyruszyliśmy w dalszą drogę, bo do następnej wyspy był spory kawałek, w tym część drogi pod prąd. Więcej

Zdjęcia: Bartek Tomczak, Ewa Przytuła

© Andrzej Wojciechowski, tel. 696 110005
 
webmaster: Ewa Przytuła