Niedźwiedzie mięso
 
 

CZEŚĆ II

Niebo, z początku sinoszare, zaczyna się przejaśniać. Nieśmiałe promienie słońca przebijają przez zwartą masę stratocumulusów, które powoli zaczynają się rozpraszać, odsłaniając całkiem pokaźne przestrzenie czystego, niebieskiego nieba. Ogromne fale rozbijane przez dziób naszego jachtu, iskrząca się w promieniach słońca piana i lokalnie powstająca tęcza tworzą naprawdę baśniowy obraz.
Jesteśmy zauroczeni tworzącym się krajobrazem, który z każdą sekundą jest trochę inny, a przede wszystkim - niepowtarzalny. Początkowo w miarę korzystny wiatr z kierunków NW, powoli zaczyna odkręcać na N. Mamy za sobą około 1/4 drogi do Karlskrony. Czy walczyć z falą i wiatrem - o zimnie i wilgoci nawet nie wspominam - czy też zasymilować się z żywiołami i wykorzystać ich potęgę? Może niektórzy odbiorą to jako słabość, ale uważam, że z morzem nie należy walczyć za wszelką cenę. Z morzem można tylko współpracować, wykorzystując jego potęgę do własnych celów, ale broń boże nie udowadniać, że jest się lepszym od Niego.
Próbujemy "halsówki". Wiatr tężeje do 8° B - tak pokazuje nasz jachtowy wiatrowskaz - fale normalne jak na tę siłę wiatru ok. 4-5 metrów a nasza "Freya" niestety w tych warunkach kąt martwy ma w granicach 120°. Stwierdzam, że taka "walka" jest niepotrzebna. Nasza droga do Karlskrony wydłużyłaby się o ponad 100%. Załoga wprawdzie zaaklimatyzowała się do ciężkich warunków, nie ma już żadnych sensacji żołądkowo-błędnikowych, ale stwierdziliśmy, że samo w sobie "oranie morza" nie jest naszym celem, chcemy również zobaczyć jakieś "nieznane" lądy. Zapada więc decyzja "idziemy na Bornholm". Nikt z załogi - poza mną - nie był jeszcze na tej pięknej wyspie. Szybka symulacja drogi i prędkości pokazuje, że możemy osiągnąć brzegi Bornholmu w ciągu 18 godzin, pod warunkiem, że wiatr nie zmieni siły i kierunku.
I znów okazało się, że współpraca z morzem zamiast "walki" przynosi dobre rezultaty.
Następnego dnia przed południem wyłania się Bornholm - na wysokości Svaneke. Opowiadałem wcześniej załodze o pogodowej specyfice Bornholmu. Bardzo często występuje sytuacja, gdy nad wyspą świeci słońce, natomiast niebo wkoło niej jest zachmurzone. Płynąc w kierunku Bornholmu - w pochmurny dzień - najpierw widzimy małe pasemko niebieskiego nieba na horyzoncie, które powiększa się z każdą przebytą milą w stronę wyspy, aby tuż przy niej utworzyć krąg czystego, błękitnego nieba.
Tak samo jest i tym razem. Ukazujące się pomiędzy zielenią wzgórz kolorowe dachy tarasowo zabudowanych domostw Svaneke rozświetlone promieniami słońca, wprowadzają załogę w nieukrywany zachwyt. W ruch idą migawki aparatów fotograficznych. Plon polowania na niezapomniane pejzaże, będzie niewątpliwie bogaty. Będą mieli swoje małe "raje" przeniesione na papier, które pozwolą im w długie zimowe wieczory, rozgrzać swoją wyobraźnię, serce i zmuszą do planowania następnych rejsów.
Czas w porcie został podzielony pomiędzy gorącą kąpiel, zwiedzanie miasteczka i jego atrakcji np.: miejscowej huty szkła artystycznego czy też fabryki cukierków. Wieczorem zrobiliśmy grila, wykorzystując czas na bliższe poznanie się członków załogi.
Port Svaneke posiada bardzo przytulne pomieszczenia dla żeglarzy, gdzie można w ciepełku i przy muzyce rozkoszować się - patrząc przez okno - wzburzonym morzem.
Na drugi dzień - oczywiście najpierw gorąca kąpiel, bo nie wiadomo, kiedy następna - jeszcze jeden spacer po miasteczku i okolicy i koło południa wychodzimy w morze. W założeniu - oczywiście - Karlskrona, ale po drodze koniecznie Christianso.
Wiatr jakby nas polubił, tylko trójeczka. Późnym popołudniem wchodzimy w główki portu, pomiędzy wyspami Christianso i Frederikso. Przekraczając linę główek przenosimy się w czasie o dobre 200 lat wstecz. Archipelag jest idealnie zachowaną twierdzą, gdzie z wielką pieczołowitością dba się o szczegóły - np.: bateria armat broniąca wejścia do portu - powoduje to, że człowiek czuje się jak po wyjściu z wehikułu czasu.
Odebraliśmy pogodę. Wiatry do 2oB z kierunków zmiennych. Zamiast kołysać się gdzieś na martwej fali postanawiamy przenocować w tym idyllicznym zakątku. Szybko zapadający zmierzch spowodował oczywiście odwiedzenie - jedynej na wyspie - tawerny, gdzie siedząc przy Tuborgu znów popłynęły morskie opowieści. Wychodzimy wczesnym przedpołudniem, opływając na silniku cały archipelag w bardzo bliskiej odległości.
I znów okazało się, że opłaca się "współpracować z morzem" . Wiatr z baksztagu, wprawdzie nie za mocny - były to jedyne słabe wiatry w całym rejsie - nastrajał nas optymistycznie. Po godzinie - a tak dokładniej, po kawie i ciasteczkach - postanowiliśmy coś dostawić. No to spinaker w górę. Przed sztagiem zakwitł ogromny kolorowy "kwiat", który dołożył nam 1,5 węzła. Jednak jego krój powodował, że najlepiej pracował na pełnym baksztagu i "pełniaku", natomiast do Karlskrony był ostry baksztag lub pełna połówka, (jak kto woli). Zakładając, że sytuacja pogodowa w październiku może się szybko zmienić - załoga już wiedziała, że z morzem się nie walczy, lecz się go wykorzystuje ("jak kobietę") - postanowiliśmy wykorzystać to, co nam zesłał Neptun. Ustawiliśmy Freyę tak, aby żagielki pięknie pracowały a wyrysowany na mapie kurs pokazał nam GOTLANDIĘ.
No to, na Gotlandię!
Wiatr z rufy 3-4oB, prędkość ok. 5-6 węzłów. Pięknie pracujący Spinaker, aż chce się żyć. A po chwili upajania się jazdą stwierdzamy, że może by jeszcze coś postawić, może Apsla. Apsel góra i 0,5 węzła więcej. Freya pod górą żagli wygląda imponująco. Żałujemy, że wkoło pusto i nikt nie może zrobić nam zdjęcia z zewnątrz.
Wieczorem widzimy z lewej burty łunę latarni morskiej na południowym cyplu Olandii. Jazda jest wprawdzie cudowna, ale na noc przechodzimy do podstawowego zestawu żagli. Spinaker i Apsel do wora, stawiamy Genuę i pełnym baksztagiem zbliżamy się do naszego etapowego celu VISBY. Okazało się, że przestrzeganie dobrej praktyki morskiej znowu wychodzi na dobre. Już przy całkowitych ciemnościach wiatr stężał do 6oB a następnie do 7. Zestaw żagli, który niesiemy jest idealny przy kursie baksztagowym, nie za duży i nie za mały. Log pokazuje prędkości 8 węzłów. Osłonięci od zachodu Olandią - prawie bez falowania - upajamy się prędkością jaką osiąga nasza łódka. Po wzejściu księżyca ukazał się nam "zaczarowany" świat, w którym my byliśmy zaledwie małą cząstką, mogącą utożsamiać się z przyrodą i upajać się cudownymi doznaniami.
Cały następny dzień przeszedł bez wydarzeń. Normalny rutynowy, ze zmianami wacht co cztery godziny, odkładaniem na mapie przebytych mil i obliczaniem pozostałej do przebycia drogi. Wiem, że się powtarzam, ale znowu okazało się, że dostosowanie się do tego, co daje nam morze, jest jedyną słuszną decyzją. Mówię oczywiście o turystyce żeglarskiej a nie np.: o regatach. To całkiem co innego. Ok. 15 Mm przed Visby wiatr cichnie całkowicie a po 0,5 godzinie zaczyna wiać dokładnie w dziób. Jesteśmy już jednak osłonięci wysokim brzegiem Gotlandu i wykorzystując silnik, po trzech godzinach mijamy główki portu.
W porcie gdzie normalnie w sezonie, dzień w dzień stoi ok. 300 jachtów jest tylko jeden katamaran pod niemiecką banderą. Właściciele chyba poszli do miasta, bo żadnych ruchów na nim nie zauważyliśmy.
Wysyłam SMS-a do mojego kolegi Olafa, który mieszka w Szwecji już 18 lat - Olaf jest oczywiście Polakiem, nigdy nie zrzekł się obywatelstwa - i w ten sposób ok. 2200 rozpoczynamy wieczór polonijny na pokładzie Freyi. Olaf przyszedł ze swoją mamą. Elżbieta pochodzi ze Świnoujścia i 18 lat temu wyszła za mąż za Bena, przesympatycznego Szweda. W ten sposób znalazła się w Szwecji. Mieć przyjaciół w obcych portach to bardzo "przydatna" okoliczność. Port jachtowy w Visby jest poza sezonem oczywiście nieczynny. Żadnych pryszniców, sauny, nawet kosza na śmieci. Tylko dzięki Olafowi i jego rodzinie mogliśmy skorzystać z gorącej kąpieli i obiadu w postaci zupy rybnej, grzanek i pysznego ciasta. Oczywiście obowiązkowa rewizyta u nas na jachcie, która przeciągnęła się do późnych godzin nocnych.
Załoga jest zachwycona starym miastem. Visby jest otoczone 3,6 kilometrowym murem obronnym - z okresu średniowiecza - miasto o typowej dla XIII i XIV wieku zabudowie, która pieczołowicie jest utrzymywana w idealnym stanie. Brakuje tylko ludzi ubranych w średniowieczne stroje. Ale, można to zobaczyć podczas Dni Średniowiecza, które odbywają się co roku w pierwszym tygodniu sierpnia.
O tym corocznym wydarzeniu w osobnej relacji.
Następny dzień wykorzystujemy na dokładne zwiedzanie miasta. Jestem tu już piąty raz i dalej odkrywam miejsca, po których moja noga jeszcze nie stąpała.
Po południu - za namową Olafa - idziemy na "basen". Basen, dlatego w cudzysłowiu, ponieważ poza samym basenem, są sauny, kawiarenka, solaria, masaże i wszystko, co jest potrzebne do odnowienia naszych ciał. Idziemy w piątkę. Przy kasie sympatyczny Szwed pyta nas, czy nie chcemy biletu rodzinnego, dla 5-ciu osób łączny koszt 100 koron szwedzkich, czyli 50 zł, czyli 10 zł na twarz za te wszystkie atrakcje, bez limitu czasu. Teraz już wiemy, czemu Szwedzi tacy ładni i prościi. Tutaj państwo rzeczywiście dba o kondycję społeczeństwa, umożliwiając im korzystanie z takich obiektów. Jak to wygląda u nas - każdy wie!
Po dwóch dobach pobytu w Visby przyszedł czas rozstania z sympatyczną rodziną Petersenów. Musimy zrealizować plan rejsu, morze wzywa na północ.
Prognoza pogody zapowiada w okolicach Sztokholmu przymrozki i opady śniegu. Wiatr korzystny, baksztag do 6oB i jak tu nie mówić o dobrym układzie z Neptunem. Wychodzimy tuż przed zmierzchem, aby nad ranem znaleźć się przy wejściu do szkierów. Piękny przelot z prędkościami 6 do 7 węzłów, pozwala nam przed świtem osiągnąć południowy cypel wyspy Öja. Włączamy silnik, zrzucamy żagle i wpływamy pomiędzy skaliste wysepki, którymi usiana jest cała droga do Sztokholmu.
Po 20 minutach ktoś z załogi melduje, że wskaźnik temperatury silnika pokazuje temperaturę w górnych granicach przyzwoitości. Zmniejszenie obrotów nie wpływa na jej spadek. No cóż, żagle w górę, maszyna stop. Musimy gdzieś stanąć, aby móc sprawdzić, jaka jest tego przyczyna. Do najbliższego Nyneshamn jest 12 Mm. Halsujemy się ciasno, wypatrując znaków nawigacyjnych na mijanych skałkach. Po 8 godzinach jesteśmy przed portem jachtowym w Nyneshamn. Musimy uruchomić silnik i na bardzo małej naprzód zbliżamy się do pomostów. Odległość 100 m pokonujemy w 20 minut, płynąc pod wiatr i prąd. Cały czas kontrolujemy temperaturę, ów stoimy, temperatura na granicy zielonego i czerwonego pola.
Najpierw klar, ciepły prysznic i sauna a potem zaglądamy do silnika. Okazuje się, że brakuje płynu w kolektorze chłodzącym, trudno powiedzieć, dlaczego go nie ma. Nie widać śladów żadnego wycieku. Uzupełniliśmy zbiornik do pełna. Stwierdzamy, że płynu nie ubywa. Sprawdzamy silnik przy kei, temperatura w normie, "chyba będzie w porządku".
Wieczorem zwiedzamy miasto i kończymy w portowej kafejce przy kuflu Tuborga. Stwierdzamy, że szwedzkie kelnerki są niczego sobie a może to wynik kilku dni na morzu?
"Ech... fajne jest to żeglarstwo, gdyby tak jeszcze można było ...."
Ranek cudowny, słoneczny, z przejrzystym powietrzem, pięknymi krajobrazami i ... lodem na pokładzie. O kurcze mamy swoją północ! Powolutku ślizgając się na naszym pierwszym lodzie w tym roku, schodzimy z jachtu idąc jeszcze raz do centrum - tym razem w dzień - kupujemy pocztówki i powoli zbieramy się do wyjścia. Czeka nas ok. 40 Mm do Sztokholmu a więc w drogę.
Płyniemy pomiędzy skalistymi wysepkami porośniętymi karłowatymi drzewami iglastymi, gdzie w zacisznych zatoczkach widać pomosty i letnie domki we wszystkich kolorach. Pełna idylla..., którą przerywa głos Piotra "temperatura znowu wysoka". Kurcze, co z tym silnikiem!
Stawiamy Genuę, obracamy się z wiatrem, odstawiamy silnik. Czekamy aż trochę ostygnie, sprawdzamy płyn w kolektorze - SUCHO! Gdzie on się podział? Wycieku nie widać. Może jest wydalany razem ze spalinami (jako para). Postanowiliśmy uzupełniać płyn przed każdym podejściem do portu. Uzupełniany wystarcza na ok. 20 minut pracy silnika, potem znowu sucho.
Przeciwny wiatr zmusza nas do podjęcia decyzji o odwrocie. Bez silnika szkierami do Sztokholmu - w taką pogodę - nie damy rady. A na pewno jest to za bardzo ryzykowne. W tył zwrot i na żaglach wycofujemy się, pozostawiając marzenia o Sztokholmie na następny sezon.
Analizując mapy z pobliskimi wybrzeżami widzę, że przy pomocy korzystnych wiatrów możemy jednak odwiedzić jakieś porty, a nawet spróbować popływać w szkierach.
Najbliższy port to OXELÖSUND, ok. 35 Mm, "...sternik kurs kompasowy 260", "...jest 260". Ciąg dalszy

Z żeglarskim pozdrowieniem
Andrzej Wojciechowski

© Andrzej Wojciechowski, tel. 696 110005
 
webmaster: Ewa Przytuła