Niedźwiedzie mięso
 

CZEŚĆ I

Pod koniec września 2003 r., gdzieś na Bałtyku, prowadząc "DICKA", otrzymałem sms-a od Wojtka Czerwińskiego z Kubryka. "POTRZEBNY PROWADZĄCY NA S/Y "FREYA", REJS W PAŹDZIERNIKU".
No cóż, żyję z tego, że pływam. Jak są chętni na "NIEDŹWIEDZIE MIĘSO" to trzeba popłynąć. Odpowiedź wysłałem po 5 minutach."JADĘ".

Załoga stawiła się na burcie Frei w Górkach Zachodnich 11 października. Szybkie zaprowiantowanie łódki, szkolenie i nauka obsługi olinowania i żagli, omówienie alarmów i podział funkcji. W trakcie ich trwania odebrano prognozę pogody i o 12.00 w drogę.
Zatoka Gdańska pokazała, że również potrafi "ugryźć". Pod fokiem dwójką, założonymi dwoma refami na grocie i bezanem osiągamy 5 węzłów w kursie ostro na wiatr.
Postanowiłem na początek odwiedzić Hel. Odcinek krótki, przy północno-zachodnim wietrze dość dobrze osłonięty. Jak na rozgrzewkę w sam raz.
Wiatr 5-6 w skali B, chodzące "szauery" i nieoczekiwanie wysoka fala spowodowały pierwsze "daniny". Wiem z doświadczenia, że najgorsza (lub najlepsza dla choroby morskiej) jest bezczynność. W takim razie zobaczymy, jak załoga radzi sobie z obsługą jachtu w tych warunkach. Zrzucamy grota, klarujemy go, a następnie na nowo stawiamy. Zmieniamy foka dwójkę na trójkę. Robimy kilka zwrotów przez sztag. Przy dość dużej fali załoga stwierdziła, że nie jest to takie proste jak na Mazurach. Na początku, przy braku synchronizacji w działaniu szotowych, zwrot po prostu nie wychodził. Po dwóch godzinach takiej zabawy widzę zmęczenie na twarzach, ktoś próbuje - niezauważony - rozgrzać przemarznięte ręce, ktoś inny rozciera świeżo nabite siniaki. No trudno, nikt nie mówił, że będzie lekko.
Do Helu podchodzimy po ciemku ok. 2100. Wiatr stężał do 7. Żagle zrzucamy sprawnie - przydał się trening na zatoce - przygotowana do cumowania prawa burta i 10 minut po minięciu główek stoimy podłączeni do prądu i grzejemy się przy farelce. "Gorąca krew" załogi powoduje, że słychać głosy, aby wyjść dalej w morze - na noc! - ale krótka i stanowcza decyzja prowadzącego zamyka dyskusję na ten temat. Zostajemy na noc w porcie.
12 października zgłaszamy wyjście u bosmana portu. Bosman długo ogląda kartę bezpieczeństwa jachtu i nasze dokumenty żeglarskie. W końcu zezwala nam płynąć. Zapowiedzi pogodowe Witowo Radio mówią o wiatrach NW 6-7.
Pozostaje odprawa graniczna i w drogę. Niestety, przybyły do nas oficer straży granicznej oznajmia nam, że I oficer nie może popłynąć, po prostu skończyła mu się ważność paszportu. Szybka konsultacja z załogą i zapada decyzja, że popłyniemy na razie do Władysławowa, a tam niestety pożegnamy Wojtka. W międzyczasie wysyłam SMS-y do znajomych żeglarzy z nadzieją, że któryś z nich będzie miał czas popłynąć.
Wychodzimy z Helu w południe. Zaraz za półwyspem widzimy, że żegluga nie będzie należała do łatwych. Odległość 21 Mm pokonujemy w ciągu 19 godzin, ciasno halsując się pod wiatr. Fala i wiatr skutecznie nas hamują, momentami płyniemy tylko 2 węzły. Hołdy dla Neptuna są dość obfite.
Około 0600 rano zbliżamy się do główek Władysławowa. Żagle plus maszyna pół naprzód i co chwila sprawdzam głębokość, pamiętając wszystkie przeczytane publikacje o powstających - przy wiatrach NW - mieliznach. W pobliżu główki wejściowej, przy dużej bocznej fali, zwiększam obroty silnika na 3/4 naprzód i przy pomocy żagli wchodzimy gładko za falochron.
Był to - tak prawdę mówiąc - pierwszy dzień dla załogi "Freyi", kiedy zobaczyli, co to znaczy Bałtyk w październiku.
Wiatry, przez cały czas 6 do 7 w dość częstych porywach 8 w skali B, stan morza 4-5, były decydujące o podjętej przez naszą jedyną załogantkę decyzji o rezygnacji z dalszego rejsu. Uważam, że właśnie tą decyzją udowodniła, że jest myślącą "blondynką".
Weszliśmy do "Władka" 13 października, nie ma więc mowy o żadnym wychodzeniu w morze. 13 to 13, wychodzimy dopiero 14. Jak się okazało, była to słuszna decyzja. Cały dzień wskazówka jachtowego wiatrowskazu stoi sztywno przy końcu skali, czyli co najmniej dziewiątka, a może więcej... po prostu skończył się zakres skali. 14 października żegnamy się z opuszczającymi nas członkami załogi. Nikt z moich znajomych nie odpowiedział pozytywnie na moje SMS-y z propozycją dołączenia do nas. Trudno, płyniemy w siódemkę. Wykorzystując lekkie osłabienie wiatru, o 1130 postanowiliśmy wyjść.
Odprawa graniczna oraz moje oświadczenie dla kapitanatu portu, że odebrałem prognozę pogody i są mi znane warunki panujące na morzu, pozwalają nam opuścić zaciszny port.
Przy wyjściu fala przyboju bardzo wysoka. Stawiamy w awanporcie żagle i pomagając sobie silnikiem 3/4 naprzód mijamy lewą główkę portu. Fale są ogromne, ale łódka nie schodzi z kursu. Dopływamy do pławy podejściowej, odstawiamy silnik i zaczynamy żeglować. Piąty dzień wiatrów z kierunków N i NW spowodował, że wielkość fali jest naprawdę ogromna. Wiatrowskaz średnio pokazuje prędkość wiatru przy cyfrze 33 węzłów.
Kilkoro z załogi jest trochę bladych, ale sensacji już nie ma. Organizmy powoli przyzwyczajają się do kiwania i życie na jachcie przechodzi w rutynowe obowiązki. Plan maksimum, dotarcie do Karlskrony, plan minimum - do Bornholmu. Zobaczymy, jak potraktuje nas pogoda i Neptun. Ciąg dalszy

Z żeglarskim pozdrowieniem
Andrzej Wojciechowski

Zdjęcia: Bartek Siewkowski

© Andrzej Wojciechowski, tel. 696 110005
 
webmaster: Ewa Przytuła