WŁOCHY - CALABRIA 2009
. ..
 
..
 

Drugiego dnia po opuszczeniu Wysp Jońskich, późnym popołudniem, wiatr zaczął się wzmagać. Jego kierunek zmienił się na południowo-wschodni. Born2sail pochylił się lekko na prawą burtę i zaczął przyśpieszać. Siła wiatru wzrosła do 5 Beauforta. Nie zwiększyło to wcale przechyłu, ale prędkości za to wzrosła do 6,5 węzła. W tych warunkach jacht pokazał, na co go stać. Rozbijane przez dziób fale nie wchodziły dalej niż do fokmasztu. Przechyły wzdłużne były prawie nieodczuwalne. Masa jachtu, ok. 40 ton, powodowała, że kadłub nie uderzał o powierzchnię fal, ale ciął je swoją dziobnicą niczym taranem. Solidność siatko-betonu dawała poczucie bezpieczeństwa. Jacht nie wykonywał żadnych gwałtownych czy też nieprzewidzianych ruchów. Szedł jak ciężkozbrojny rycerz, którego kłopotem było się rozpędzić, ale potem nic go nie mogło zatrzymać. Zacząłem śmiać się z tych niedowiarków, którzy słysząc, że remontujemy jacht ferrocementowy mówili, że taki jacht nie może bezpiecznie pływać. A jednak pływa!

Oczywiście byłoby za pięknie, gdyby taka żegluga odbywała się bez przeszkód. Problemy były związane z technicznymi sprawami, które musiały się uwidocznić na nieopływanym jachcie. Po kilku godzinach żeglarskiej pogody, stwierdziliśmy sporą ilość wody w zęzie. Uruchomione pompy po pewnym czasie przestały wypluwać wodę za burtę. Otwieranie podłóg nad komorą silnika, na jachcie pędzącym między 6 a 7 węzłów i schodzenie do pompy, aby oczyścić ssak, nie należało ani do przyjemnych ani też bezpiecznych czynności. Po każdej takiej akcji pompa chodziła od kilkudziesięciu sekund do kilku minut, po czym znów się zapychała. Po kilku takich akcjach kolejne czyszczenie ssaka niewiele dało. Postanowiliśmy użyć ręcznej pompy mocowanej w kokpicie, do której podłączyliśmy jeden giętki wąż 10 metrowy jako ssący i drugi 5 metrowy, który powędrował bezpośrednio za burtę. Oczywiście i w tym przypadku pompa zapychała się, ale o wiele rzadziej i łatwiej ją było rozkręcać niż elektryczną, która leżała na dnie zęzy. W czasie remontu w Grecji zęza była osuszona i wydawało się nam, że usunęliśmy wszelkie śmieci, które mogłyby zapychać pompy. Okazało się jednak, że jacht posiada wiele zakamarków, do których nie ma możliwości dostać się z wnętrza jachtu bez znacznego demontażu różnych urządzeń i części zabudowy. Jednak największą bolączką był sam fakt istnienia wody wewnątrz. Odpompowana prawie do końca, po 2 godzinach żeglugi znów zaczęła "chlupotać" pod podłogą. Musiałem znaleźć przyczynę, tym bardziej, że wszystkie możliwe otwory, włazy oraz przejścia burtowe po sprawdzeniu okazały się szczelne. W trakcie poszukiwań będąc w części dziobowej usłyszałem nagle płynący strumień wody. Trwało to może z 10 sekund. Później cisza. Podniosłem podłogę forpiku. Wewnątrz pełno przelewającej się wody, ale to nie jest ten odgłos, który mnie zaniepokoił. Przy okazji dowiedziałem się, że zęza forpiku nie ma szpigatów. Nie jest więc połączona z pozostałymi częściami zęzy. Dopiero zapełnienie jej prawie maksymalne powoduje, że woda przelewa się, nad dennikiem dalej w stronę rufy, zabierając ze sobą również śmieci z niedostępnych dla oka miejsc. Ale skąd bierze się woda w forpiku? Przy pomocy przeciętej butelki plastikowej i wiadra opróżniam ją do sucha. Było tego z 10 wiader. W trakcie tej roboty czuję jak cześć dziobowa jachtu unosi się lekko w górę, by po chwili opaść w dół. W tej chwili słyszę znów szum płynącej wody, jak z węża ogrodowego i widzę stróżkę, która wypełnia zęzę. Mam przyczynę. Przy większych falach dziób "Born2sail" wchodzi pod wodę, która przez kluzę łańcucha kotwicznego i otwory na węże hydrauliczne, dostaje się do komory łańcucha kotwicznego. Z komory powinna odpłynąć dwoma szpigatami z powrotem do morza, ale okazuje się, że kadłub w tych warunkach wytwarza swoją falę dziobową, która powoduje, że oba szpigaty są bardzo często pod wodą. Zamiast więc odprowadzać wodę na zewnątrz, to ją wpuszczały do środka. Oczywiście gdyby komora łańcucha była szczelna, to woda mogłaby sobie hulać nie dostając się do wnętrza. Tak jednak nie jest. Zalaminowaliśmy podłogę komory i jej ściany do wysokości 40 cm. Okazało się, że w przypadku, gdy szpigaty przyjmują wodę zamiast ją odprowadzać, to komora zalewana jest przy większych falach po "sufit". Dostaje się wtedy za szalunek grodzi dziobowej i ścieka do zęzy forpiku. Tam, gdy jest już pełno, przelewa się do części śródokręcia, a następnie do komory silnika. O dokładnym wylaminowaniu całej komory łańcucha w tych warunkach nie ma mowy. Poza tym brakuje nam materiałów potrzebnych do tej roboty. Postanawiam zdemontować z kokpitu ręczną pompę i przy pomocy trójnika podłączam ją do instalacji hydroforu, którego zawór jest na pokładzie. W ten sposób w razie potrzeby opróżniamy zęzę forpiku, nie pozwalając wodzie przedostawać się dalej. Gdy sytuacja została opanowana, wiatr ucichł do trójeczki. Morze się wygładza i problem na razie znika. Spada jednak nasza prędkość do 2 węzłów. Musimy uruchomić maszynę i przy jej pomocy rozpędzamy się do 4 węzłów. Po pewnym czasie zrzucamy żagle, gdyż martwa fala szarpie płótna z ogromną zawziętością i boję się, że stracimy nasze stare szmaty. Zmusza nas to również do zmiany planów. Chcieliśmy dotrzeć na Maltę, ale przy tych prędkościach przypłynęlibyśmy na tyle późno, że zaraz trzeba by ruszać dalej na północ. Może więc chociaż Syrakuzy? Przez kilka godzin próbowaliśmy trzymać się tego planu. Po zmianie kursu martwa fala atakowała nas od rufy. Jacht pozbawiony żagli wyczyniał straszne harce. Postawiliśmy więc sztaksle dla zmniejszenia amplitudy przechyłów. Przechyły poprzeczne znacznie zmalały, ale za to żagle zaczęły wydawać odgłosy wystrzałów armatnich. Za każdym takim "strzałem" patrzyłem z lękiem czy żagiel to przetrzyma. Ci, którzy przeżyli flautę na martwej fali wiedzą, o czym piszę. Do rezygnacji z kursu na Syrakuzy przyczynił się ostatecznie komunikat Navtexu. Za 12 godzin wiatr z południowo-wschodniego miał przejść na północno-wschodni, a potem na północny 7 do 8 Beauforta. To wystarczyło abyśmy zmienili swoje plany. Zgodnie z planem rejsu mieliśmy odwiedzić Reggio Calabria, gdzie mieliśmy przyjąć na pokład ewentualnych nowych załogantów. Nowy kurs dawał nam na początku baksztag prawego halsu a potem półwiatr. Born2sail na żaglach i małej naprzód płynął 6 węzłów. Teraz zarówno wiatr jak i fala pomagały nam. Po kolejnej nocy w morzu, jutro powinniśmy ujrzeć południowe Włochy. Tak się też stało. Wraz ze wschodem słońca ukazał się nam skalisty brzeg Calabrii oraz Sycylia z Etną w tle. Do południa przy pięknej pogodzie zbliżyliśmy się na odległość 4 mil do Reggio Calabria. Wiatr zniknął. Za to pokazały się wielkie kontenerowce, których droga prowadziła przez Cieśninę Messyńską. Nie ma co się kiwać. Maszyna ? naprzód, zrzucamy żagle, klarujemy je, jak również cały pokład. Po godzinie mijamy główki portu i kierujemy się do mariny. Niestety, stojąc na środku basenu jachtowego i rozglądając się za miejscem, widzimy mocno gestykulującego i krzyczącego Włocha, który krótko mówiąc wygania nas do basenu promowo-handlowego. No cóż, jesteśmy za wielcy, żeby wpychać się między włoskie "mydelniczki". Wpływamy do dużego prostokątnego basenu, gdzie stoi kilka małych statków i promów obsługujących linię do Messyny na Sycylii. Znajdujemy miejsce przy dźwigach portowych, które wygląda na nieużywane. Podchodzimy więc tam. Obkładamy cumy i stawiamy pierwsze kroki na włoskiej ziemi. W porcie zero jakiegokolwiek "socjalu". Dobrze, że jesteśmy samowystarczalni.

Po chwili od zacumowania podjeżdża do nas taksówka. Wysiada z niej bardziej niż mały Włoch i zaczyna wyrzucać z siebie potok słów, oczywiście po włosku. Udało się nam tylko zrozumieć, że wieczorem odwiedzi nas ze swoją dziewczyną, Krystyną, która jest Polką. I tak się też stało. Był to początek niezłej przygody, którą wspominam z mieszanymi uczuciami. Wieczorem podjechała taksówka, którą prowadził Severio, a wraz z nim "dama", która próbowała upodobnić się do Violetty Villas, zarówno wyglądem jak i manierami. Po wstępnym zapoznaniu, takim w stylu "ą", "ę", Severio zaproponował włoską kolacyjkę w niedalekiej knajpce. Ze względu na to, że w nocy miał przyjść zapowiadany dój z północy a wejście do portu było dokładnie otwarte na północ, dałem wolne załodze, a sam zostałem na wachcie portowej. Załoga wróciła koło północy w dobrych humorach. Sztorm na razie nie przychodził, więc udaliśmy się na spoczynek. Pierwszy od kilku dni na równej stępce. Rankiem pijąc kawę na rufie, widzę podjeżdżającego Severio. Dużo mówi i gestykuluje. Zrozumiałem, że tu nie możemy stać, ale on tzn. Severio załatwił nam stanie po drugiej stronie basenu. Trochę podejrzliwie na niego spoglądam. Nie chce mi się przestawiać o 0700 rano, tym bardziej, że oczekiwany sztorm zaczął się zbliżać. Wiało już 5 do 6 i wchodząca fala była całkiem spora. Severio zadzwonił do kogoś i podał mi telefon. Odezwała się pani Krystyna. Powiedziała, że nie możemy stać w tym miejscu, bo taką informację Severio otrzymał z Kapitanatu i że mamy stanąć po drugiej stronie, gdzie miejsce specjalnie załatwił dla nas Severio. No cóż, trzeba się ruszyć, póki warunki jeszcze pozwalają na bezpieczne manewry. Budzę załogę, oddajemy cumy i płyniemy na drugą stronę. Severio już czeka, odbiera cumę i plącze ją po swojemu na polerze. Trochę dziwne jak na kogoś, kto mówi, że obsługuje jachty zawodowo. W końcu stoimy zadowoleni, że mamy legalną zgodę Kapitanatu. Severio znika. Po śniadaniu przygotowujemy się do zwiedzania miasta. Jednak zanim opuściliśmy pokład, widzimy podjeżdżający do burty pickup z kapitanatu portu. Miły kierowca w białym mundurze oznajmia mi - po angielsku - że niestety nie mogę tu stać, bo to miejsce dla promu, który po południu właśnie w tym miejscu ma zacumować. Tłumaczę, że tutejszy agent - jak nazywał sam siebie Severio - rozmawiał w kapitanacie i uzyskał zgodę na postój w tym miejscu. Urzędnik odpowiada, że to nie możliwe, a "agent Severio" jest mu w ogóle nieznany. Nie miałem czasu się zastanawiać nad rolą Severio w tym całym zamieszaniu. Wchodząca wprost z cieśniny messyńskiej fala zaczynała być naprawdę duża jak na basen portowy. W między czasie na nasze stare miejsce weszli Anglicy 15 metrowym slupem, a w główkach pokazał się 10 metrowy jacht pod szwedzką banderą. Za moment mogło dla nas zabraknąć wolnego miejsca. Uruchamiamy maszynę i robimy dwa wolne kółka czekając aż Szwed dobije do kamiennego pirsu. Dopiero patrząc z boku, gdy ma się porównanie wielkości jachtu, który próbuje dobić i pirsu, widać jak duża jest fala. Momentami Szwed ma pokład na wysokości polerów cumowniczych a po chwili jest 1,5 metra niżej. Pracownicy Kapitanatu, którzy próbują odebrać od niego cumy, pokazują, aby stanął tuż za rufą małego holownika, który osłoni go trochę od fali. Udaje się mu, a my próbujemy stanąć w tym miejscu, w którym fala zmusiła Szweda do odwrotu. Składamy się "książkowo" do kei. Ster lewo, maszyna wstecz. Jacht przykleja się do wielkich gumowych odbijaczy, które są mocowane do kamiennego pirsu.. Jacht tańczy w górę i w dół, Cuma dziobowa i szpring rufowy oddany. I w tej chwili przychodzi fala. Unosi jacht do góry, krzyczę aby luzować cumę i szpring ale nie zdążyliśmy. Jacht idąc na dół w dolinę fali zrywa dziobową jak nitkę. Dziób odchodzi od kei. Nie ma miejsca żeby pójść do przodu i zmienić działanie szpringu rufowego na cumę dziobową. Każę oddać szpring i odchodzę od pirsu. W samym narożniku północno- wschodnim basenu portowego znajduje się pirs stacji benzynowej. Jest to jedyne w miarę spokojne miejsce z wolną keją, ok. 60 metrów długości. Kieruję jacht w to miejsce nie zważając na machanie rękami pracowników Kapitanatu. Manewr na w miarę spokojnej wodzie wychodzi od razu, bez żadnych problemów. Pracownikowi stacji tłumaczę, że przecież przy takiej pogodzie nikt nie będzie wychodził w morze, więc tankowania też nikt nie zamówi. Poza tym zajmujemy 20 metrów kei i zostaje jeszcze spory zapas wolnej przestrzeni. W między czasie podjeżdżają pracownicy Kapitanatu i chwilę rozmawiają z "nafciarzem" mocno gestykulując, jak to Włosi. Po czym już po angielsku, tłumaczą mi, że mogę tu stać do chwili skończenia sztormu i że ktoś z załogi musi być cały czas na jachcie. Parę godzin później stanęły za nami jeszcze dwa jachty motorowe, którym udało się uciec przed sztormem. Tak spędziliśmy drugą dobę w Reggio Calabria.

W tym czasie opuścił nas Marek i pozostaliśmy w trójkę. Następnego dnia sztorm trochę przycichł. Wiatr 5 do 6 nie pozwolił całkiem uspokoić się falowaniu, ale musieliśmy opuścić spokojną keję "CPN-u", ponieważ anonsowały się 2 potężne jachty motorowe do tankowania. Przestawiliśmy się więc kolejny raz. Warunki były na tyle dobre, że mogliśmy się udać na zwiedzanie, pozostawiając na pokładzie jedną osobę. Pochodziliśmy po mieście, zrobiliśmy zakupy. Kupiliśmy kartki pocztowe, które wysłaliśmy do naszych rodzin i znajomych. Wracając z daleka dostrzegliśmy samochód Severio. Był bardzo zdziwiony, że musieliśmy się przestawiać i nachalnie dopytywał się czy nam czegoś nie załatwić. Przynajmniej tyle zrozumieliśmy z jego włoskiego bełkotu. Przypomniałem sobie, że wymieniłem ostatnią żarówkę w prawo burtowej lampie nawigacyjnej, więc pokazując mu starą, przepaloną poprosiłem o zakup 4 zapasowych. Sami nie znaleźliśmy odpowiedniego sklepu. Po 2 godzinach był z powrotem. Na moje pytanie ile jestem mu winien odpowiedział, że wieczorem się rozliczymy. Będzie Krystyna i wszystko będzie ok. Wieczorem tak jak pierwszego dni naszego postoju, przyjechał Severio ze swoją Krystyną i zaproponował żebyśmy gdzieś pojechali na kolację. Biorąc pod uwagę, że był to ostatni wieczór naszego pobytu w Reggio, przyjęliśmy tę propozycję chcąc jednocześnie podziękować tej parze za zaangażowanie. Może było ono zbyt nachalne, ale zrzuciłem to na karb dawno nieoglądanego kraju ojczystego przez panią Krystynę. Zdawałem sobie sprawę z naszych skromnych możliwości finansowych, więc poprosiłem panią Krystynę, aby przekazała Severio żeby wziął to pod uwagę przy wyborze miejsca. No problema, usłyszałem i pojechaliśmy. Po 10 minutach podjechaliśmy pod jakąś budę z patyków, która była nawet czysta i miała taras z wyjściem bezpośrednio na plażę. Knajpka była prowadzona rodzinnie. Goście, którzy tam byli znali się wszyscy ze sobą. Severio czuł się jak u siebie. Zamówiliśmy makaron, potem potrawkę z królika i stołowe wino. Nie było tego wiele na talerzach, ale przecież musieliśmy oszczędzać. Koło północy bardzo podziękowaliśmy i poprosiliśmy o rachunek. Severio stwierdził, że on zapłaci a rozliczymy się na jachcie. Moja czujność się wzmogła tym bardziej, że wypiłem tylko lampkę wina. Poprosiłem jeszcze raz kelnera aby przyniósł mi rachunek, a Severio jeszcze raz powiedział, że to on pójdzie uregulować rachunek a rozliczymy się na jachcie. Po czym wyszedł razem z kelnerem. Wrócił po chwili i od niechcenia stwierdził, że zapłacił 145 euro, bo ma w tej knajpie super rabat, bo normalnie zapłacilibyśmy 300 euro. W tym momencie lekko się zagotowałem. Poprosiłem "Panią Krystynę" żeby mu przetłumaczyła, iż potrzebuję rachunek w celu rozliczenia tego wydatku. To jedno moje zdanie tłumaczyła mu zawzięcie przez co najmniej 5 minut. A Severio odpowiadał jej coraz głośniej i coraz mocniej gestykulując rękoma. Po tym wybuchu "Pani Krysia" powiedziała mi, że jak chcę rachunek to na całą kwotę 300 euro, a poza tym 4 żarówki kosztowały 40 euro, "załatwienie" miejsca postoju w Kapitanacie i hotelu dla Marka, który nas opuścił, też wymaga jakiejś opłaty. Tego było dla mnie już za wiele. Spokojnie wytłumaczyłem "Pani Krysi", że żadnego miejsca Severio nie załatwił, bo po 2 godzinach od zmiany naszego miejsca cumowania Kapitanat kazał nam odejść. Hotel Marka też mnie jako kapitana jachtu raczej nie dotyczy, tym bardziej, iż podejrzewam, że Marek za ten hotel musiał zapłacić. Natomiast bez rachunku za żarówki i kolację żadnej kasy mu nie oddam. Tak wściekłego Włocha jeszcze nie widziałem. Komiczność tej sytuacji była potęgowana naprawdę niewielkim wzrostem Severio i delikatnie mówiąc dość dużą sylwetką "Pani Krystyny". Rozmawiali ze sobą dłuższą chwilę a dla nas wyglądało to jak niezła kłótnia przy podziale łupów. W końcu Severio wyszedł, by po paru minutach wrócić ze świstkiem papieru w formie paragonu na którym widniała przekreślona kwota 300 euro, poniżej której odręcznie napisana była suma 145 euro. Dodatkowo kwitek z kasy fiskalnej na kwotę 40 euro również bez opisu, za co ta kwota. Biorąc pod uwagę, że atmosfera zaczynała być niesympatyczna a byliśmy w nieznanej części Reggio Calabria, przystałem na rozliczenie tych dwóch papierków, ale jak zawiezie nas na jacht, bo przy sobie nie mam gotówki. Był to chyba dobry wybieg, bo Severio bez zbędnego już gestykulowania zawiózł nas z powrotem. Przed wejściem na pokład dokonałem rozliczenia i pożegnaliśmy się. Rano mieliśmy wyjść na Sycylię. Rankiem następnego dnia, jak zwykle o 0700, siedziałem na rufie pijąc kawę. Właśnie wszedł do portu slup pod holenderską banderą przymierzając się do cumowania zaraz za nami. Zrobili dwa kółka przygotowując w tym czasie cumy i odbijacze. W tym czasie zjawił się Severio machając do Holendrów żeby podali mu cumy. Ci gestami odmówili mu chcąc wykonać manewr samodzielnie. Jakież było moje zdziwienie, gdy Severio wyrwał z rąk młodego Holendra cumę, z którą ten wyszedł na nabrzeże i zaczął ją płatać na polerze po swojemu. Starszy Holender, po włosku, musiał posłać mu niezłą wiązankę, bo Severio stulił uszy po sobie i odjechał. Kiedy Holendrzy zacumowali podszedłem do nich i zapytałem czy znają tego Włocha, który chciał im pomóc? Starszy z żeglarzy powiedział, że to zwykły naciągacz i że miał z nim doczynienia rok temu. A więc Severio wraz z "Panią Krystyną" żyją z tego, że udają kompetentnych ludzi mogących załatwić wszystko dla przybywającego jachtu, po czym bez względu czy coś załatwią czy nie żądają pieniędzy. Przybywając, więc do Reggio Calabria wystrzegajcie się Severio i jemu podobnych. Zakupy zróbcie sami na odległym o 10 minut drogi na wschód od portu targowisku, gdzie za piękne świeże owoce i warzywa zapłacicie mniej niż 1 euro za kilogram. Dostaniecie pyszny chleb, mięso, wędliny i wszystko co potrzeba do życia za naprawdę nie wielkie pieniądze. Tym bardziej, że możecie się targować i to ze skutkiem na waszą korzyść. Kolację też możecie zjeść śmiało. Za dużą pizzę zapłacicie poniżej 10 euro i ledwo ją zjecie. Niestety te wszystkie informacje zdobyliśmy w ostatnim dniu pobytu ale wyciągnęliśmy za to wnioski na przyszłość. Gdyby ktoś jednak chciał spotkać "tę parę", to podaję mu numer komórki do Severio +393389237214. Myślę zresztą, że zanim zdążycie obłożyć cumy to on sam się zjawi. CD

© Andrzej Wojciechowski, tel. 696 110005