Drugiego
dnia po opuszczeniu Wysp Jońskich, późnym popołudniem, wiatr zaczął
się wzmagać. Jego kierunek zmienił się na południowo-wschodni. Born2sail
pochylił się lekko na prawą burtę i zaczął przyśpieszać. Siła wiatru
wzrosła do 5 Beauforta. Nie zwiększyło to wcale przechyłu, ale prędkości
za to wzrosła do 6,5 węzła. W tych warunkach jacht pokazał, na co
go stać. Rozbijane przez dziób fale nie wchodziły dalej niż do fokmasztu.
Przechyły wzdłużne były prawie nieodczuwalne. Masa jachtu, ok. 40
ton, powodowała, że kadłub nie uderzał o powierzchnię fal, ale ciął
je swoją dziobnicą niczym taranem. Solidność siatko-betonu dawała
poczucie bezpieczeństwa. Jacht nie wykonywał żadnych gwałtownych czy
też nieprzewidzianych ruchów. Szedł jak ciężkozbrojny rycerz, którego
kłopotem było się rozpędzić, ale potem nic go nie mogło zatrzymać.
Zacząłem śmiać się z tych niedowiarków, którzy słysząc, że remontujemy
jacht ferrocementowy mówili, że taki jacht nie może bezpiecznie pływać.
A jednak pływa!
Oczywiście byłoby za pięknie, gdyby taka żegluga odbywała się bez
przeszkód. Problemy były związane z technicznymi sprawami, które musiały
się uwidocznić na nieopływanym jachcie. Po kilku godzinach żeglarskiej
pogody, stwierdziliśmy sporą ilość wody w zęzie. Uruchomione pompy
po pewnym czasie przestały wypluwać wodę za burtę. Otwieranie podłóg
nad komorą silnika, na jachcie pędzącym między 6 a 7 węzłów i schodzenie
do pompy, aby oczyścić ssak, nie należało ani do przyjemnych ani też
bezpiecznych czynności. Po każdej takiej akcji pompa chodziła od kilkudziesięciu
sekund do kilku minut, po czym znów się zapychała. Po kilku takich
akcjach kolejne czyszczenie ssaka niewiele dało. Postanowiliśmy użyć
ręcznej pompy mocowanej w kokpicie, do której podłączyliśmy jeden
giętki wąż 10 metrowy jako ssący i drugi 5 metrowy, który powędrował
bezpośrednio za burtę. Oczywiście i w tym przypadku pompa zapychała
się, ale o wiele rzadziej i łatwiej ją było rozkręcać niż elektryczną,
która leżała na dnie zęzy. W czasie remontu w Grecji zęza była osuszona
i wydawało się nam, że usunęliśmy wszelkie śmieci, które mogłyby zapychać
pompy. Okazało się jednak, że jacht posiada wiele zakamarków, do których
nie ma możliwości dostać się z wnętrza jachtu bez znacznego demontażu
różnych urządzeń i części zabudowy. Jednak największą bolączką był
sam fakt istnienia wody wewnątrz. Odpompowana prawie do końca, po
2 godzinach żeglugi znów zaczęła "chlupotać" pod podłogą.
Musiałem znaleźć przyczynę, tym bardziej, że wszystkie możliwe otwory,
włazy oraz przejścia burtowe po sprawdzeniu okazały się szczelne.
W trakcie poszukiwań będąc w części dziobowej usłyszałem nagle płynący
strumień wody. Trwało to może z 10 sekund. Później cisza. Podniosłem
podłogę forpiku. Wewnątrz pełno przelewającej się wody, ale to nie
jest ten odgłos, który mnie zaniepokoił. Przy okazji dowiedziałem
się, że zęza forpiku nie ma szpigatów. Nie jest więc połączona z pozostałymi
częściami zęzy. Dopiero zapełnienie jej prawie maksymalne powoduje,
że woda przelewa się, nad dennikiem dalej w stronę rufy, zabierając
ze sobą również śmieci z niedostępnych dla oka miejsc. Ale skąd bierze
się woda w forpiku? Przy pomocy przeciętej butelki plastikowej i wiadra
opróżniam ją do sucha. Było tego z 10 wiader. W trakcie tej roboty
czuję jak cześć dziobowa jachtu unosi się lekko w górę, by po chwili
opaść w dół. W tej chwili słyszę znów szum płynącej wody, jak z węża
ogrodowego i widzę stróżkę, która wypełnia zęzę. Mam przyczynę. Przy
większych falach dziób "Born2sail" wchodzi pod wodę, która
przez kluzę łańcucha kotwicznego i otwory na węże hydrauliczne, dostaje
się do komory łańcucha kotwicznego. Z komory powinna odpłynąć dwoma
szpigatami z powrotem do morza, ale okazuje się, że kadłub w tych
warunkach wytwarza swoją falę dziobową, która powoduje, że oba szpigaty
są bardzo często pod wodą. Zamiast więc odprowadzać wodę na zewnątrz,
to ją wpuszczały do środka. Oczywiście gdyby komora łańcucha była
szczelna, to woda mogłaby sobie hulać nie dostając się do wnętrza.
Tak jednak nie jest. Zalaminowaliśmy podłogę komory i jej ściany do
wysokości 40 cm. Okazało się, że w przypadku, gdy szpigaty przyjmują
wodę zamiast ją odprowadzać, to komora zalewana jest przy większych
falach po "sufit". Dostaje się wtedy za szalunek grodzi
dziobowej i ścieka do zęzy forpiku. Tam, gdy jest już pełno, przelewa
się do części śródokręcia, a następnie do komory silnika. O dokładnym
wylaminowaniu całej komory łańcucha w tych warunkach nie ma mowy.
Poza tym brakuje nam materiałów potrzebnych do tej roboty. Postanawiam
zdemontować z kokpitu ręczną pompę i przy pomocy trójnika podłączam
ją do instalacji hydroforu, którego zawór jest na pokładzie. W ten
sposób w razie potrzeby opróżniamy zęzę forpiku, nie pozwalając wodzie
przedostawać się dalej. Gdy sytuacja została opanowana, wiatr ucichł
do trójeczki. Morze się wygładza i problem na razie znika. Spada jednak
nasza prędkość do 2 węzłów. Musimy uruchomić maszynę i przy jej pomocy
rozpędzamy się do 4 węzłów. Po pewnym czasie zrzucamy żagle, gdyż
martwa fala szarpie płótna z ogromną zawziętością i boję się, że stracimy
nasze stare szmaty. Zmusza nas to również do zmiany planów. Chcieliśmy
dotrzeć na Maltę, ale przy tych prędkościach przypłynęlibyśmy na tyle
późno, że zaraz trzeba by ruszać dalej na północ. Może więc chociaż
Syrakuzy? Przez kilka godzin próbowaliśmy trzymać się tego planu.
Po zmianie kursu martwa fala atakowała nas od rufy. Jacht pozbawiony
żagli wyczyniał straszne harce. Postawiliśmy więc sztaksle dla zmniejszenia
amplitudy przechyłów. Przechyły poprzeczne znacznie zmalały, ale za
to żagle zaczęły wydawać odgłosy wystrzałów armatnich. Za każdym takim
"strzałem" patrzyłem z lękiem czy żagiel to przetrzyma.
Ci, którzy przeżyli flautę na martwej fali wiedzą, o czym piszę. Do
rezygnacji z kursu na Syrakuzy przyczynił się ostatecznie komunikat
Navtexu. Za 12 godzin wiatr z południowo-wschodniego miał przejść
na północno-wschodni, a potem na północny 7 do 8 Beauforta. To wystarczyło
abyśmy zmienili swoje plany. Zgodnie z planem rejsu mieliśmy odwiedzić
Reggio Calabria, gdzie mieliśmy przyjąć na pokład ewentualnych nowych
załogantów. Nowy kurs dawał nam na początku baksztag prawego halsu
a potem półwiatr. Born2sail na żaglach i małej naprzód płynął 6 węzłów.
Teraz zarówno wiatr jak i fala pomagały nam. Po kolejnej nocy w morzu,
jutro powinniśmy ujrzeć południowe Włochy. Tak się też stało. Wraz
ze wschodem słońca ukazał się nam skalisty brzeg Calabrii oraz Sycylia
z Etną w tle. Do południa przy pięknej pogodzie zbliżyliśmy się na
odległość 4 mil do Reggio Calabria. Wiatr zniknął. Za to pokazały
się wielkie kontenerowce, których droga prowadziła przez Cieśninę
Messyńską. Nie ma co się kiwać. Maszyna ? naprzód, zrzucamy żagle,
klarujemy je, jak również cały pokład. Po godzinie mijamy główki portu
i kierujemy się do mariny. Niestety, stojąc na środku basenu jachtowego
i rozglądając się za miejscem, widzimy mocno gestykulującego i krzyczącego
Włocha, który krótko mówiąc wygania nas do basenu promowo-handlowego.
No cóż, jesteśmy za wielcy, żeby wpychać się między włoskie "mydelniczki".
Wpływamy do dużego prostokątnego basenu, gdzie stoi kilka małych statków
i promów obsługujących linię do Messyny na Sycylii. Znajdujemy miejsce
przy dźwigach portowych, które wygląda na nieużywane. Podchodzimy
więc tam. Obkładamy cumy i stawiamy pierwsze kroki na włoskiej ziemi.
W porcie zero jakiegokolwiek "socjalu". Dobrze, że jesteśmy
samowystarczalni.
Po chwili od zacumowania podjeżdża do nas taksówka. Wysiada z niej
bardziej niż mały Włoch i zaczyna wyrzucać z siebie potok słów, oczywiście
po włosku. Udało się nam tylko zrozumieć, że wieczorem odwiedzi nas
ze swoją dziewczyną, Krystyną, która jest Polką. I tak się też stało.
Był to początek niezłej przygody, którą wspominam z mieszanymi uczuciami.
Wieczorem podjechała taksówka, którą prowadził Severio, a wraz z nim
"dama", która próbowała upodobnić się do Violetty Villas,
zarówno wyglądem jak i manierami. Po wstępnym zapoznaniu, takim w
stylu "ą", "ę", Severio zaproponował włoską kolacyjkę
w niedalekiej knajpce. Ze względu na to, że w nocy miał przyjść zapowiadany
dój z północy a wejście do portu było dokładnie otwarte na północ,
dałem wolne załodze, a sam zostałem na wachcie portowej. Załoga wróciła
koło północy w dobrych humorach. Sztorm na razie nie przychodził,
więc udaliśmy się na spoczynek. Pierwszy od kilku dni na równej stępce.
Rankiem pijąc kawę na rufie, widzę podjeżdżającego Severio. Dużo mówi
i gestykuluje. Zrozumiałem, że tu nie możemy stać, ale on tzn. Severio
załatwił nam stanie po drugiej stronie basenu. Trochę podejrzliwie
na niego spoglądam. Nie chce mi się przestawiać o 0700 rano, tym bardziej,
że oczekiwany sztorm zaczął się zbliżać. Wiało już 5 do 6 i wchodząca
fala była całkiem spora. Severio zadzwonił do kogoś i podał mi telefon.
Odezwała się pani Krystyna. Powiedziała, że nie możemy stać w tym
miejscu, bo taką informację Severio otrzymał z Kapitanatu i że mamy
stanąć po drugiej stronie, gdzie miejsce specjalnie załatwił dla nas
Severio. No cóż, trzeba się ruszyć, póki warunki jeszcze pozwalają
na bezpieczne manewry. Budzę załogę, oddajemy cumy i płyniemy na drugą
stronę. Severio już czeka, odbiera cumę i plącze ją po swojemu na
polerze. Trochę dziwne jak na kogoś, kto mówi, że obsługuje jachty
zawodowo. W końcu stoimy zadowoleni, że mamy legalną zgodę Kapitanatu.
Severio znika. Po śniadaniu przygotowujemy się do zwiedzania miasta.
Jednak zanim opuściliśmy pokład, widzimy podjeżdżający do burty pickup
z kapitanatu portu. Miły kierowca w białym mundurze oznajmia mi -
po angielsku - że niestety nie mogę tu stać, bo to miejsce dla promu,
który po południu właśnie w tym miejscu ma zacumować. Tłumaczę, że
tutejszy agent - jak nazywał sam siebie Severio - rozmawiał w kapitanacie
i uzyskał zgodę na postój w tym miejscu. Urzędnik odpowiada, że to
nie możliwe, a "agent Severio" jest mu w ogóle nieznany.
Nie miałem czasu się zastanawiać nad rolą Severio w tym całym zamieszaniu.
Wchodząca wprost z cieśniny messyńskiej fala zaczynała być naprawdę
duża jak na basen portowy. W między czasie na nasze stare miejsce
weszli Anglicy 15 metrowym slupem, a w główkach pokazał się 10 metrowy
jacht pod szwedzką banderą. Za moment mogło dla nas zabraknąć wolnego
miejsca. Uruchamiamy maszynę i robimy dwa wolne kółka czekając aż
Szwed dobije do kamiennego pirsu. Dopiero patrząc z boku, gdy ma się
porównanie wielkości jachtu, który próbuje dobić i pirsu, widać jak
duża jest fala. Momentami Szwed ma pokład na wysokości polerów cumowniczych
a po chwili jest 1,5 metra niżej. Pracownicy Kapitanatu, którzy próbują
odebrać od niego cumy, pokazują, aby stanął tuż za rufą małego holownika,
który osłoni go trochę od fali. Udaje się mu, a my próbujemy stanąć
w tym miejscu, w którym fala zmusiła Szweda do odwrotu. Składamy się
"książkowo" do kei. Ster lewo, maszyna wstecz. Jacht przykleja
się do wielkich gumowych odbijaczy, które są mocowane do kamiennego
pirsu.. Jacht tańczy w górę i w dół, Cuma dziobowa i szpring rufowy
oddany. I w tej chwili przychodzi fala. Unosi jacht do góry, krzyczę
aby luzować cumę i szpring ale nie zdążyliśmy. Jacht idąc na dół w
dolinę fali zrywa dziobową jak nitkę. Dziób odchodzi od kei. Nie ma
miejsca żeby pójść do przodu i zmienić działanie szpringu rufowego
na cumę dziobową. Każę oddać szpring i odchodzę od pirsu. W samym
narożniku północno- wschodnim basenu portowego znajduje się pirs stacji
benzynowej. Jest to jedyne w miarę spokojne miejsce z wolną keją,
ok. 60 metrów długości. Kieruję jacht w to miejsce nie zważając na
machanie rękami pracowników Kapitanatu. Manewr na w miarę spokojnej
wodzie wychodzi od razu, bez żadnych problemów. Pracownikowi stacji
tłumaczę, że przecież przy takiej pogodzie nikt nie będzie wychodził
w morze, więc tankowania też nikt nie zamówi. Poza tym zajmujemy 20
metrów kei i zostaje jeszcze spory zapas wolnej przestrzeni. W między
czasie podjeżdżają pracownicy Kapitanatu i chwilę rozmawiają z "nafciarzem"
mocno gestykulując, jak to Włosi. Po czym już po angielsku, tłumaczą
mi, że mogę tu stać do chwili skończenia sztormu i że ktoś z załogi
musi być cały czas na jachcie. Parę godzin później stanęły za nami
jeszcze dwa jachty motorowe, którym udało się uciec przed sztormem.
Tak spędziliśmy drugą dobę w Reggio Calabria.
W tym czasie opuścił nas Marek i pozostaliśmy w trójkę. Następnego
dnia sztorm trochę przycichł. Wiatr 5 do 6 nie pozwolił całkiem uspokoić
się falowaniu, ale musieliśmy opuścić spokojną keję "CPN-u",
ponieważ anonsowały się 2 potężne jachty motorowe do tankowania. Przestawiliśmy
się więc kolejny raz. Warunki były na tyle dobre, że mogliśmy się
udać na zwiedzanie, pozostawiając na pokładzie jedną osobę. Pochodziliśmy
po mieście, zrobiliśmy zakupy. Kupiliśmy kartki pocztowe, które wysłaliśmy
do naszych rodzin i znajomych. Wracając z daleka dostrzegliśmy samochód
Severio. Był bardzo zdziwiony, że musieliśmy się przestawiać i nachalnie
dopytywał się czy nam czegoś nie załatwić. Przynajmniej tyle zrozumieliśmy
z jego włoskiego bełkotu. Przypomniałem sobie, że wymieniłem ostatnią
żarówkę w prawo burtowej lampie nawigacyjnej, więc pokazując mu starą,
przepaloną poprosiłem o zakup 4 zapasowych. Sami nie znaleźliśmy odpowiedniego
sklepu. Po 2 godzinach był z powrotem. Na moje pytanie ile jestem
mu winien odpowiedział, że wieczorem się rozliczymy. Będzie Krystyna
i wszystko będzie ok. Wieczorem tak jak pierwszego dni naszego postoju,
przyjechał Severio ze swoją Krystyną i zaproponował żebyśmy gdzieś
pojechali na kolację. Biorąc pod uwagę, że był to ostatni wieczór
naszego pobytu w Reggio, przyjęliśmy tę propozycję chcąc jednocześnie
podziękować tej parze za zaangażowanie. Może było ono zbyt nachalne,
ale zrzuciłem to na karb dawno nieoglądanego kraju ojczystego przez
panią Krystynę. Zdawałem sobie sprawę z naszych skromnych możliwości
finansowych, więc poprosiłem panią Krystynę, aby przekazała Severio
żeby wziął to pod uwagę przy wyborze miejsca. No problema, usłyszałem
i pojechaliśmy. Po 10 minutach podjechaliśmy pod jakąś budę z patyków,
która była nawet czysta i miała taras z wyjściem bezpośrednio na plażę.
Knajpka była prowadzona rodzinnie. Goście, którzy tam byli znali się
wszyscy ze sobą. Severio czuł się jak u siebie. Zamówiliśmy makaron,
potem potrawkę z królika i stołowe wino. Nie było tego wiele na talerzach,
ale przecież musieliśmy oszczędzać. Koło północy bardzo podziękowaliśmy
i poprosiliśmy o rachunek. Severio stwierdził, że on zapłaci a rozliczymy
się na jachcie. Moja czujność się wzmogła tym bardziej, że wypiłem
tylko lampkę wina. Poprosiłem jeszcze raz kelnera aby przyniósł mi
rachunek, a Severio jeszcze raz powiedział, że to on pójdzie uregulować
rachunek a rozliczymy się na jachcie. Po czym wyszedł razem z kelnerem.
Wrócił po chwili i od niechcenia stwierdził, że zapłacił 145 euro,
bo ma w tej knajpie super rabat, bo normalnie zapłacilibyśmy 300 euro.
W tym momencie lekko się zagotowałem. Poprosiłem "Panią Krystynę"
żeby mu przetłumaczyła, iż potrzebuję rachunek w celu rozliczenia
tego wydatku. To jedno moje zdanie tłumaczyła mu zawzięcie przez co
najmniej 5 minut. A Severio odpowiadał jej coraz głośniej i coraz
mocniej gestykulując rękoma. Po tym wybuchu "Pani Krysia"
powiedziała mi, że jak chcę rachunek to na całą kwotę 300 euro, a
poza tym 4 żarówki kosztowały 40 euro, "załatwienie" miejsca
postoju w Kapitanacie i hotelu dla Marka, który nas opuścił, też wymaga
jakiejś opłaty. Tego było dla mnie już za wiele. Spokojnie wytłumaczyłem
"Pani Krysi", że żadnego miejsca Severio nie załatwił, bo
po 2 godzinach od zmiany naszego miejsca cumowania Kapitanat kazał
nam odejść. Hotel Marka też mnie jako kapitana jachtu raczej nie dotyczy,
tym bardziej, iż podejrzewam, że Marek za ten hotel musiał zapłacić.
Natomiast bez rachunku za żarówki i kolację żadnej kasy mu nie oddam.
Tak wściekłego Włocha jeszcze nie widziałem. Komiczność tej sytuacji
była potęgowana naprawdę niewielkim wzrostem Severio i delikatnie
mówiąc dość dużą sylwetką "Pani Krystyny". Rozmawiali ze
sobą dłuższą chwilę a dla nas wyglądało to jak niezła kłótnia przy
podziale łupów. W końcu Severio wyszedł, by po paru minutach wrócić
ze świstkiem papieru w formie paragonu na którym widniała przekreślona
kwota 300 euro, poniżej której odręcznie napisana była suma 145 euro.
Dodatkowo kwitek z kasy fiskalnej na kwotę 40 euro również bez opisu,
za co ta kwota. Biorąc pod uwagę, że atmosfera zaczynała być niesympatyczna
a byliśmy w nieznanej części Reggio Calabria, przystałem na rozliczenie
tych dwóch papierków, ale jak zawiezie nas na jacht, bo przy sobie
nie mam gotówki. Był to chyba dobry wybieg, bo Severio bez zbędnego
już gestykulowania zawiózł nas z powrotem. Przed wejściem na pokład
dokonałem rozliczenia i pożegnaliśmy się. Rano mieliśmy wyjść na Sycylię.
Rankiem następnego dnia, jak zwykle o 0700, siedziałem na rufie pijąc
kawę. Właśnie wszedł do portu slup pod holenderską banderą przymierzając
się do cumowania zaraz za nami. Zrobili dwa kółka przygotowując w
tym czasie cumy i odbijacze. W tym czasie zjawił się Severio machając
do Holendrów żeby podali mu cumy. Ci gestami odmówili mu chcąc wykonać
manewr samodzielnie. Jakież było moje zdziwienie, gdy Severio wyrwał
z rąk młodego Holendra cumę, z którą ten wyszedł na nabrzeże i zaczął
ją płatać na polerze po swojemu. Starszy Holender, po włosku, musiał
posłać mu niezłą wiązankę, bo Severio stulił uszy po sobie i odjechał.
Kiedy Holendrzy zacumowali podszedłem do nich i zapytałem czy znają
tego Włocha, który chciał im pomóc? Starszy z żeglarzy powiedział,
że to zwykły naciągacz i że miał z nim doczynienia rok temu. A więc
Severio wraz z "Panią Krystyną" żyją z tego, że udają kompetentnych
ludzi mogących załatwić wszystko dla przybywającego jachtu, po czym
bez względu czy coś załatwią czy nie żądają pieniędzy. Przybywając,
więc do Reggio Calabria wystrzegajcie się Severio i jemu podobnych.
Zakupy zróbcie sami na odległym o 10 minut drogi na wschód od portu
targowisku, gdzie za piękne świeże owoce i warzywa zapłacicie mniej
niż 1 euro za kilogram. Dostaniecie pyszny chleb, mięso, wędliny i
wszystko co potrzeba do życia za naprawdę nie wielkie pieniądze. Tym
bardziej, że możecie się targować i to ze skutkiem na waszą korzyść.
Kolację też możecie zjeść śmiało. Za dużą pizzę zapłacicie poniżej
10 euro i ledwo ją zjecie. Niestety te wszystkie informacje zdobyliśmy
w ostatnim dniu pobytu ale wyciągnęliśmy za to wnioski na przyszłość.
Gdyby ktoś jednak chciał spotkać "tę parę", to podaję mu
numer komórki do Severio +393389237214. Myślę zresztą, że zanim zdążycie
obłożyć cumy to on sam się zjawi. CD