Sprawdzenie,
naprawa i wymiana takielunku ruchomego i żagli na Born2Sail
zajęło nam kilka tygodni. W tym czasie odwiedzaliśmy pobliskie wyspy
greckie. Po pierwsze, żeby sprawdzać na bieżąco efekt naszej pracy,
a po drugie, żeby zrobić sobie przerywnik od stoczniowej roboty. Wymianie
uległy wszystkie fały i szoty oraz 2 achtersztagi z olinowania stałego.
Pierwszy balot miękkiej liny, którą przysłał Mirek Marciniak zniknął
w dwa dni (220 metrów bieżących). Zamówiliśmy więc drugi, który w
2/3 też zniknął od razu. Robienie splotów i opasek na końcach lin
zajęło nam dobry tydzień, a przecież czekała też inna praca. Ale miałem
nie pisać o pracy. W końcu zaczęliśmy penetrować najbliższe okolice.
Pierwsza taka okazja nadarzyła się w ramach rejsu z młodzieżą z fundacji
"Nasze dzieci".
Dziewiątka załogantów - łącznie z wychowawcami - zamustrowała późnym
wieczorem 10 maja 2009 r. w marinie Aktio. Ich pobyt na pokładzie
Born2sail miał połączyć możliwość zwiedzania okolic Morza Jońskiego
z pracą na jachcie. Tak więc w trakcie płynięcia w ruch poszedł papier
ścierny (w dużych ilościach) a wytrwałe pocieranie nim o wybrane elementy
zaczęło przynosić efekty w postaci odsłaniania się pięknej faktury
mahoniu, którą poprzedni właściciel z dużą pieczołowitością zamalował
jakąś bejcą. Poza pracą, oczywiście normalny rytm dnia, jak na żaglowcu.
Pobudka - dla wachty kambuzowej godzinę wcześniej niż pozostali -
0730, o 0800 podniesienie bandery i omówienie planów na bieżący dzień.
Następnie śniadanie, po nim szorowanie pokładu i klarowanie wszystkich
lin. Dopiero po tych czynnościach była możliwość zejścia z pokładu
(jeżeli akurat byliśmy w porcie). Pierwszy postój to Preveza - miasteczko
odpowiadające naszemu powiatowemu. Główna część mieści się między
bulwarem z keją dla jachtów i niezliczoną ilością pubów i tawern,
a głównym ciągiem handlowym. Przypominają mi się w tym miejscu puste,
szczecińskie Wały Chrobrego i pomysły naszych radnych typu "
zalewane ogródki" w 2050 roku. Nie wiem czy się śmiać, czy płakać.
Na pierwsze pływania wybraliśmy wody zatoki AMVRAKIA, bo to i wody
spokojne a załoga przecież pierwszy raz na pokładzie; i odległości
nieduże, a okolice naprawdę ładne.
W pierwszym dniu przy korzystnym wietrze przepłynęliśmy całą zatokę,
aby wieczorem stanąć na kotwicy w zatoce Menidi, gdzie na zboczach
gór wyrosło miasteczko a raczej wioska letniskowa o tej samej nazwie.
Było to moje pierwsze kotwiczenie na tej jednostce. Niepewność, jak
będzie zachowywał się jacht na kotwicy sprawiła, że nie postawiłem
swojej nogi na stałym lądzie. Relacje załogi były jednak na tyle obrazowe,
że mogę powiedzieć iż znam Menidi. Następnego dnia, po spokojnej nocy
na kotwicy, z północnej części zatoki popłynęliśmy na południe do
miejscowości Vonitsa. Większą część trasy pokonaliśmy na żaglach,
sprawdzając przy okazji osprzęt ruchomy i żagle. Przy okazji odkryliśmy
kilka drobiazgów do poprawienia. Wieczorem rzuciliśmy kotwicę u stóp
weneckiej twierdzy, w bezpośredniej bliskości miasteczkowego bulwaru,
na którym życie towarzyskie dopiero zaczynało się rozkręcać. Załoga
dokonała desantu na pontonie a ja spokojnie czekałem na ranek. Z mapy
i locji wynikało, że głębokości w porcie wahają się w granicach naszego
zanurzenia. To było trochę za mało na bezpieczną próbę dobicia do
kei. Rankiem przez lornetkę zlokalizowałem betonowy pirs, którego
nie było na mapie. Musiał być całkiem nowy. Miejsce w którym go wybudowano
- na mapie - było oznaczone głębokością 4 metry. Kusiło mnie więc
żeby spróbować stanąć przy kei i zejść na ląd. Problem polegał na
tym że jedyne wolne miejsce było po wewnętrznej stronnie pirsu i miało
jakieś 10 metrów długości. Przy naszych 20 metrach to trochę za mało.
Gdyby jednak stanąć na szpringu dziobowym i rufowym oraz na cumie
rufowej, to przy dociskającym wietrze postój powinien być spokojny.
Wprawdzie połowa szkunera wystawałaby poza keję, ale miejsca do manewrowania
dla innych jednostek zostawało jeszcze z 50 metrów. Więc spróbujemy.
Po dokładnych instrukcjach, kto i co ma robić ze sznurkami i odbijaczami,
powoli zbliżamy się do pirsu. Mając go na trawersie lewej burty zaczynamy
powoli obracać się w prawo. Pracując maszyną powoli w przód i wstecz
Born2sail wpasował się idealnie w "swoje" miejsce.
"Tak stoimy", a nagrodą jest słodka woda na kei z której
korzystamy robiąc sobie prysznic z węża i małą przepierkę. W Grecji
zazwyczaj stoi się albo na kotwicy albo przy kejach miejskich. Stanie
jest wprawdzie za darmo ale też bez wygód. Jeżeli jest woda przy kei
to już dużo. Jeżeli jest prąd to jesteśmy wniebowzięci. O toaletach
i prysznicach możecie zapomnieć. Nieliczne mariny, takie w wydaniu
europejskim, są strasznie drogie. Dla naszego jachtu koszt postoju
w marinie Levkas to 120 euro za dobę plus dodatkowo 0,5 euro od każdego
za 10 minutowy prysznic. Tak więc pozostaje keja miejska i toalety
w tawernach.
W Vonitsa znajdują nas dwie Polki. Jedna pracuje w hotelu a druga
w kawiarni. Korzystamy z ich pomocy w zwiedzaniu miasteczka i robieniu
zakupów. W sklepie żeglarskim kupujemy nową pompkę do pontonu i następnych
200 sztuk wkrętów nierdzewnych do drewna, które znikają jak lód wyjęty
na pokład.
Po tych kilku dniach wspólnego żeglowania dzieciaki znają już na tyle
statek żeby móc myśleć o wyjściu na otwarte morze. Obieramy kierunek
na wyspę Levkada. Po pokonaniu 26 mil przechodzimy przez obrotowy
most, który łączy wyspę ze stałym lądem i już osłonięci od fal kierujemy
się na południe w kierunku Nydri. Nydri to osada rybacka, która szczyci
się tym że zaglądał tu często Arystoteles Onassis, wpadając na kolację
ze swojej prywatnej wyspy odległej o 2 mile. Onassis na głównym skwerze
osady ma nawet swój pomnik. Zatoka nad którą leży Nydri, to perełka
krajobrazowa wyspy. Wysokie góry wyrastające wprost z morza i okoliczne
wysepki zamykające drogę wysokiej fali powodują, że miejsce wykorzystywane
jest jako bezpieczne kotwicowisko. Niestety z tego też powodu ilość
jachtów jest ogromna i przypływając pod wieczór naprawdę trudno jest
znaleźć kawałek wolnego i bezpiecznego miejsca. Mamy połowę maja,
co tu się musi dziać latem jak przypływają Włosi? Tubylcy mówią, że
wtedy najlepiej zająć miejsce na nadbrzeżnej ławeczce i przyglądać
się dantejskim sceną walki o miejsce w turkusowej zatoczce. Ile splątanych
łańcuchów i zerwanych kotwic leży na dnie to trudno przewidzieć, ale
jest tego sporo.
Młodzież musi wracać do kraju a my do pracy przy jachcie. Ruszamy
więc w drogę powrotną do Prevezy. Jeszcze pożegnalna kolacja w tawernie
u Aleksja, który wita nas sentencją "cześć kochanie", "jak
się masz". Właściciel jest Grekiem, ale był kilka razy w Polsce
i jak sam mówi "kocha wszystkie polskie dziewczyny".
W tym pierwszym rejsie odwiedziliśmy 5 portów, przepłynęliśmy 115
mil w czasie 42 godzin żeglugi z czego 14 godzin na żaglach. Może
to i nie rewelacyjny wynik ale biorąc pod uwagę pływanie tylko na
małej naprzód i pod samymi sztakslami to wynik całkiem przyzwoity.
Po opuszczeniu pokładu przez młodą załogę, zabraliśmy się do lakierowania
i malowania wszystkiego co oszlifowali. Naprawiliśmy żagle, okucie
bomu foksztaksla - przy wydatnej pomocy Grzesia Janiszewskiego, który
na swoim pokładzie woził spawarkę oraz parę innych drobiazgów. W ramach
dalszych prób na wodzie odwiedziliśmy dwa miejsca na Itace - Kioni
i stolicę wyspy Vathi. Zakotwiczyliśmy również w cudownej zatoczce
przy bezludnej wyspie Nicos Atoko.
04 czerwca ruszyliśmy na południowy zachód, bo tak wiatr pozwalał,
opuszczając Wyspy Jońskie. Wiatr raczej symboliczny więc wspomagamy
się motorkiem. Przy postawionych wszystkich żaglach (oprócz fishermana)
razem z silnikiem na małą naprzód osiągamy 4,5 węzła. Piotr - dla
którego to pierwsza duża woda, oddał się kontemplacjom, a potem "gadał"
z Neptunem. Marek wypuścił 200 metrów żyłki z przymocowaną na końcu
przynętą. Ania przyrządziła jedzonko i tak zaczął się pierwszy dzień
na pełnym Morzu Śródziemnym. Następny zaczął się optymistycznie od
wyciągnięcia sporego tuńczyka. Marek był dumny z siebie i ze swojego
trofeum. Ania powiedziała, że ryby nie dotknie, bo "tak smutno
patrzy". Piotr twardo trzyma się steru. No więc ja i Marek oprawiamy
i filetujemy tuńczyka. Wychodzą dwie miski carpaccio z cytrynką i
cebulką a resztę wrzucam na patelnię i po chwili wszyscy palce liżą.
Jutro sprawdzimy jak wyszedł na surowo. Postępowałem wg przepisu chiefa
maszyny na Chopinie, więc powinien być super. Prognozy na razie się
sprawdzają. Wiatry raczej słabe - jak na nasz okręt - skręcające od
NW do SE oczywiście przez dziób. Jak zwykle wiatr w oczy ale powoli
i tak zbliżamy się do wybrzeży południowych Włoch. CD