Pomimo
"rozsądnego" wieku, pomimo posiadania własnego jachtu, pomimo
wielkiej ciekawości świata, czyli zamiłowania do podróży, pomimo braku
zamiłowania do wszelkich remontów, pomimo wielokrotności takiego "pomimo"
zafundowałem sobie dobrowolny obóz pracy przy ratowaniu 35-letniego
betonowego szkunera. Jego czteromiesięczny efekt stoi teraz majestatycznie
na wodach wyspy Lefkada, wzbudzając zainteresowanie zarówno żeglarzy
jak i zwykłych turystów odwiedzających tłumnie Wyspy Jońskie. Jednak
to, co widać gołym okiem, nie ukazuje ogromu poniesionych nakładów,
zarówno finansowych jak i roboczych. Oglądając jesienią 2008 roku
stojący na kotwicy szkuner, zdawaliśmy sobie z Tomkiem Piórskim sprawę
z tego, że czeka nas dużo pracy, aby żaglowiec mógł znowu wypłynąć
na morze. Jednak to, co odkryłem w trakcie remontu, przerosło nasze
oczekiwania wielokrotnie. Poza tym zima w Grecji to nie jest dobry
czas do pracy. Wprawdzie nie ma śniegu i mrozu (chociaż przymrozki
w nocy bywały), ale ciągłe ulewy i sztormowe wiatry nie pozwalały
realizować prac zgodnie z narzuconym harmonogramem. Tak więc dzień
w dzień od 0800 do późnego wieczora (bez przerwy na sjestę) słychać
było wkoło jachtu szlifierki, fleksy i wiertarki.
Betonowy kadłub powoli
odkrywał przed nami swoje tajemnice. Lokalizacja wszystkich przecieków
w pokładzie zajęła prawie 3 miesiące. To, gdzie woda ma swoje ujście
było widać, ale gdzie wchodzi w strukturę było bardzo trudne do ustalenia.
Zaczynaliśmy więc przy ujściu rycie i cięcie betonu, wydłubując coraz
większą szczelinę, żeby po paru metrach dojść do źródła przecieku.
Najdłuższa taka wyryta szczelina miała prawie 4 metry długości i można
było przez nią włożyć dłoń do środka kadłuba. A na początku wyglądała
bardzo niewinnie - 0,5-metrowa ryska w kadłubie. Zanim jednak mogliśmy
wkroczyć z ciężkim sprzętem, to przez dobry tydzień opróżnialiśmy
jacht z nagromadzonych przez byłego właściciela śmieci. Zmieniłem
swoje zdanie o Anglikach. Anglik kojarzył mi się z dżentelmenem o
nienagannych manierach i perfekcyjnym podejściu do wszystkiego, co
robi. Dzisiaj kojarzy mi się z niechlujnym brudasem, któremu obojętne
jest, jak wygląda jego dom (a więc i jacht) oraz on sam. Dla przykładu,
na pytanie "dlaczego cały forpik jest w błocie, które rozbryzgiwał
wyciągany łańcuch kotwiczny", Peter (czyli właściciel) odpowiedział,
że to nie szkodzi bo "błoto jest zdrowe, a nawet ludzie płacą
żeby się nim obkładać."
Po około 3 miesiącach Anglik odwiedził nas na remontowanej jednostce
i był bardzo zdziwiony, że bawimy się w jakieś kucie i cięcie, betonowanie,
wymianę luków i okien, czy też w robienie nowej zabudowy, zamiast
po prostu go pomalować i pływać. Na nasze stwierdzenie, że jacht nie
nadaje się do pływania bo jest mokry i delikatnie mówiąc zniszczony
w środku, stwierdził, że od kwietnia w Grecji nie pada, a jak nie
pada i jest słońce, to i tak siedzi się na pokładzie, a nie w środku.
Po co więc to wszystko, kiedy to, co było "było wspaniałe".
To, co
przeszliśmy jest nie do przelania na papier. Ten, kto nie był i tego
nie widział i tak nie uwierzy. Po co więc o tym pisać?
W każdym bądź razie statek stoi na wodzie od 05 maja 2009 r. Ma za
sobą pierwsze pływania. Na razie niezbyt dalekie - po Wyspach Jońskich.
Ciągle jest przygotowywany do swojej podróży na Wyspy Kanaryjskie.
Ruszymy na pewno z całą listą rzeczy, które jeszcze trzeba wykonać
na pokładzie i pod nim, ale tak będziemy pływali jeszcze przez dłuższy
czas, wymieniając i naprawiając na bieżąco poszczególne elementy wyposażenia.
Szkuner jest przeznaczony do szkolenia żeglarskiego, a praca na jednostce
pływającej jest jednym z elementów takiego szkolenia. Jeżeli ktoś
myśli, że trafi na pokład, gdzie będzie obsługiwany i gdzie spełni
swoje zachcianki to jest w błędzie. Na pokładzie obowiązuje rozkład
dnia, związany z porami posiłków, w których przygotowaniu uczestniczy
wachta kambuzowa. Z utrzymaniem porządku na zewnątrz i wewnątrz (łącznie
a może przede wszystkim ze sprzątaniem toalet) i tym podobnymi obowiązkami.
Jeżeli przy tym wszystkim zdążycie coś zobaczyć czy zwiedzić to będzie
to pełnia szczęścia spełnionego żeglarza. Jeżeli takie pływanie komuś
nie odpowiada, to proponuję firmy czarterowe - których jest bez liku
- i pływanie na Bawariach.
My na pokład przyjmujemy tylko żeglarzy lub tych, którzy chcą być
żeglarzami. Uczymy się oszczędzać wszystko, bo na jachcie wszystko
może się skończyć. Prąd, woda, gaz, prowiant są ograniczone w swojej
ilości. Nie ma więc np. dowolnego lania wody słodkiej dla kaprysu,
czy też pozostawiania niepotrzebnie zapalonych żarówek. Wiem, że jest
to normalne zachowanie żeglarskie, dlatego na tym kończę swoje wywody.
Dla mnie pewien etap już się zakończył. Mam nadzieję, że czas mi pozwoli
i będę mógł wrócić do pisania swoich relacji z ciekawych miejsc. I
mam nadzieję, że pozostawiony w rękach młodych żeglarzy Karfi dalej
będzie zachwycał swym wyglądem i sprawnością techniczną i że jesienią
spotkamy się burta w burtę - Karfi i Born2sail. CD