05.05.
Kiwamy się na zupełnej flaucie. Do celu, czyli portugalskiego Cascais
na przedmieściach Lizbony, zostało 775 Mm. Żeby dotrzeć tam na 12
maja, musielibyśmy robić średnio 110 Mm na dobę. Niby niewiele, ale
biorąc pod uwagę otaczającą nas ciszę, jest to dystans na razie nie
do przebycia. Zobaczymy, może do wieczora coś się zmieni...
Ostatnim miejscem naszego pobytu na Azorach była Praia da Victoria
- urocze miasteczko i marina na wschodnim wybrzeży Tercerii. Dobowy
postój Karfiego kosztował 5,5 euro + 1,5 euro za prysznic. Również
inne ceny na wyspach nie są wygórowane. Za 3 kawy i ciacha zapłaciliśmy
w kawiarni niecałe 3 euro. Do tego śliczna plaża, darmowy internet,
życzliwi ludzie i ciekawa okolica. Nie chciało nam się wyjeżdżać,
tym bardziej, że prognozy pogody zapowiadały obecną ciszę. Pierwszego
dnia popłynęliśmy wprawdzie nieco na północ, bowiem w okolicach 40
równoleżnika miało szybciej zacząć wiać, ale jak na razie wiatru ani
na lekarstwo. Dziób jachtu z trudem utrzymujemy na E, chociaż cała
łódź przemieszcza się na SSE z prądem około 0,5 węzła. Wykorzystujemy
to by wykąpać się w oceanie.
06.05.
Po śniadaniu wiatr się ruszył, na razie wieje nieśmiała dwójka, ale
na gładkim oceanie pozwala to rozpędzić jacht do prędkości 3-3,5 węzła.
Koło południa wiatr stężał do 3 i przeszedł na półwiatr z S. Wymarzone
warunki do żeglugi. Karfi płynie z prędkością 4-4,5 węzła, świeci
słońce, fali prawie nie ma. Co chwila pojawiają się stada delfinów,
zwierzęta podpływają blisko, popisują się, skaczą. Ukoronowaniem pięknego
dnia są wieloryby, te naprawdę ogromne, które widzimy i słyszymy kilkaset
metrów przed dziobem. Jak to podsumował bosman Robi, plan wycieczki
został w tym momencie zrealizowany w 100%. Pozostało jeszcze tylko
dotrzeć do Lizbony...
07.05.
Wiatr wprawdzie trochę skręcił na SSE, ale jego siła nie zmieniła
się. Od rana posuwamy się do przodu ze średnią prędkością 5 węzłów.
Życie na jachcie przeszło w rutynę. Wachty schodzą jedna po drugiej,
posiłki o stałych porach, prowadzenie pokładowych statystyk, dotyczących
przelotów poszczególnych wacht. Dzisiaj o północy "rozmieniliśmy"
siódemkę, czyli zostało nam do przebycia jeszcze tylko 699 Mm. Wachta
południowa miała już na liczniku 652 Mm. Jeśli tak dalej pójdzie,
to jeszcze dziś "rozmienimy" szóstkę... Wszyscy niecierpliwie
czekają na "rozmienienie" czwórki - to połowa dystansu Azory-Cascais.
Wtedy uroczyście pokroimy i zjemy ananasa, którego Tadek otrzymał
zamiast kwiatów na swoje urodziny.
08.05.
Niebo zachmurzone od rana, wiatr z pełnego bajdewindu wraz z nastaniem
dnia zaczął przybierać na sile. Zmieniliśmy więc genuę na kliwra,
potem zarefowaliśmy grota, by po godzinie całkiem go zrzucić. Po pięciu
godzinach kolejność postępowania została odwrócona - wróciliśmy do
pierwotnego zestawu żagli.
09.05.
Dzień bez słońca, niskie, warstwowe chmury zaciągnęły całe niebo po
horyzont. Nie przyniosło to jednak wzrostu siły wiatru. Średnio Karfi
robi 5 węzłów. Niestety, to o 1 węzeł za mało, by zdążyć do Cascais
na wieczór 11 maja. Po 2200 "rozmieniliśmy" czwórkę - jutro
spałaszujemy ananasa.
10.05.
Dziś wiatr obrócił na WSW. Pełny baksztag. Założyliśmy spinakerbom
do genuy i kontraszot do grota. Momentami prędkość jachtu wynosi 7
węzłów. Średnio dystans do Portugalii zmniejsza się o 5,6 Mm na godzinę.
Po obiadowych klopsikach z kaszą i surówką jemy deser w postaci Tadziowego
ananasa. Był pachnący i soczysty, pycha. W czasie kolacji "rozmieniliśmy"
trójkę, zostało mniej niż 300 mil. Jednak nadal to zbyt dużo, by zdążyć
na 11 maja.
11.05.
To, że nie będziemy dzisiaj w nocy w Cascais, wiemy już od dawna.
Część załogi twierdzi, że dojedziemy 12 maja przed północą, a druga
część - że 13 maja rano. Chyba trzeba zacząć przyjmować zakłady. Jeżeli
nic się nie zmieni, to przed obiadem "rozmienimy" dwójkę.
Ciśnienie nieznacznie spada, od rufy przychodzi coraz większa fala.
Wszystko to mówi, że powinno przywiać trochę mocniej. Czyżby szykował
się niezły finisz? Oj, byle tylko wiatr nie przedobrzył...
12.05.
Dzień jak co dzień. Wielkich zmian pogodowych nie ma. Wiatr średnio
15 węzłów. Słoneczko wstało w normalnym kolorze, chmur nie widać.
Rano odwiedziły nas, jak zwykle, delfiny. Jednak ukoronowaniem dnia
był wieloryb, i to nie jakiś tam drobiazg 8-metrowy... Olbrzym wynurzył
się nagle po lewej burcie w odległości ok. 50 metrów. Jego długość
przekraczała dwie długości naszej łódki, i to bez naciągania... Wieloryb
zanurzył się na krótko trzykrotnie, wyraźnie nas oglądając, po czym
zniknął na jakieś 5 minut, aby znienacka wynurzyć się za rufą. Gdy
załoga już poddała się, czekając na kolejne wynurzenie, olbrzym nagle
trysnął wielką fontanną po prawej burcie i zaczął płynąć w kierunku
naszego dziobu. Załoga wręcz piszczała z zachwytu, a ja i Ewa mieliśmy
większego pietra niż podczas sztormu. Baliśmy się, że zwierz zechce
otrzeć się o nas. Wieloryb zakręcił dosłownie kilka metrów od dziobu
Karfiego pokazując swój długi grzbiet i prychając. Wszyscy oglądali
się wokół, załoga radośnie przygotowana z aparatami, kamerami, a my
z lękiem czekamy, jak skończy się następne wynurzenie... Po kilku
minutach ujrzeliśmy potężną fontannę, ale już z dobre 300 metrów za
rufą, po chwili następną jeszcze dalej. Uff, chyba stwierdził, że
nie nadajemy się na jego partnerkę lub partnera. Jeszcze przez kilkanaście
minut rozglądaliśmy się z Ewą, czy przypadkiem nie wróci, ale wizyta
najwyraźniej dobiegła końca. Temat za to był aktualny do wieczora,
kiedy wszystko pomału wróciło do rutyny. Kolacja, wachty i odliczanie
mil. Przygoda z wielorybem przyćmiła nawet "rozmienienie"
jedynki z przodu. Pozostały do końca tylko dziesiątki mil.
Wieczorem wiatr zaczął wiać dokładnie od tyłu. Zrzuciliśmy grota by
nie przeszkadzał genui i tak posuwaliśmy się w stronę lądu, który
o zmierzchu zaczął do nas mrugać swoimi światłami. Było jednak wiadomo,
że 12 maja nie dotkniemy lądu.
13.05.
Wiatr osłabł do 3, około 0400 jesteśmy na wyciągnięcie ręki od Cascais.
Płyniemy wzdłuż brzegu z prędkością 3,5 węzła, wszystko wskazuje na
to, że będziemy w marinie za dwie godziny. A więc nasza załoga zdąży
na swój samolot, który odlatuje o 1115.
Wchodzimy do Cascais razem z wstającym słońcem. Na kei recepcyjnej
widzimy następną oczekującą nas załogę, która smacznie śpi zawinięta
w śpiwory. Mamy 13 maja. Właśnie mija rok od wodowania Karfiego po
jego 15-letnim postoju na lądzie. Dzisiaj zamknęliśmy pętlę wyprawy.
13 listopada 2006 roku opuściliśmy Lizbonę kierując się na południe.
Po 6 miesiącach wróciliśmy tu znowu, cali i zdrowi, bogaci w przeżycia
i wiedzę, której nie zdobędzie się z książek. Teraz pozostało już
tylko wrócić szlakiem praojców do Szczecina i zastanowić się nad wnioskami
z tej włóczęgi... CD