Z podróży. Azory, cz. XIV
 



05.05.
Kiwamy się na zupełnej flaucie. Do celu, czyli portugalskiego Cascais na przedmieściach Lizbony, zostało 775 Mm. Żeby dotrzeć tam na 12 maja, musielibyśmy robić średnio 110 Mm na dobę. Niby niewiele, ale biorąc pod uwagę otaczającą nas ciszę, jest to dystans na razie nie do przebycia. Zobaczymy, może do wieczora coś się zmieni...
Ostatnim miejscem naszego pobytu na Azorach była Praia da Victoria - urocze miasteczko i marina na wschodnim wybrzeży Tercerii. Dobowy postój Karfiego kosztował 5,5 euro + 1,5 euro za prysznic. Również inne ceny na wyspach nie są wygórowane. Za 3 kawy i ciacha zapłaciliśmy w kawiarni niecałe 3 euro. Do tego śliczna plaża, darmowy internet, życzliwi ludzie i ciekawa okolica. Nie chciało nam się wyjeżdżać, tym bardziej, że prognozy pogody zapowiadały obecną ciszę. Pierwszego dnia popłynęliśmy wprawdzie nieco na północ, bowiem w okolicach 40 równoleżnika miało szybciej zacząć wiać, ale jak na razie wiatru ani na lekarstwo. Dziób jachtu z trudem utrzymujemy na E, chociaż cała łódź przemieszcza się na SSE z prądem około 0,5 węzła. Wykorzystujemy to by wykąpać się w oceanie.

06.05.
Po śniadaniu wiatr się ruszył, na razie wieje nieśmiała dwójka, ale na gładkim oceanie pozwala to rozpędzić jacht do prędkości 3-3,5 węzła. Koło południa wiatr stężał do 3 i przeszedł na półwiatr z S. Wymarzone warunki do żeglugi. Karfi płynie z prędkością 4-4,5 węzła, świeci słońce, fali prawie nie ma. Co chwila pojawiają się stada delfinów, zwierzęta podpływają blisko, popisują się, skaczą. Ukoronowaniem pięknego dnia są wieloryby, te naprawdę ogromne, które widzimy i słyszymy kilkaset metrów przed dziobem. Jak to podsumował bosman Robi, plan wycieczki został w tym momencie zrealizowany w 100%. Pozostało jeszcze tylko dotrzeć do Lizbony...

07.05.
Wiatr wprawdzie trochę skręcił na SSE, ale jego siła nie zmieniła się. Od rana posuwamy się do przodu ze średnią prędkością 5 węzłów. Życie na jachcie przeszło w rutynę. Wachty schodzą jedna po drugiej, posiłki o stałych porach, prowadzenie pokładowych statystyk, dotyczących przelotów poszczególnych wacht. Dzisiaj o północy "rozmieniliśmy" siódemkę, czyli zostało nam do przebycia jeszcze tylko 699 Mm. Wachta południowa miała już na liczniku 652 Mm. Jeśli tak dalej pójdzie, to jeszcze dziś "rozmienimy" szóstkę... Wszyscy niecierpliwie czekają na "rozmienienie" czwórki - to połowa dystansu Azory-Cascais. Wtedy uroczyście pokroimy i zjemy ananasa, którego Tadek otrzymał zamiast kwiatów na swoje urodziny.

08.05.
Niebo zachmurzone od rana, wiatr z pełnego bajdewindu wraz z nastaniem dnia zaczął przybierać na sile. Zmieniliśmy więc genuę na kliwra, potem zarefowaliśmy grota, by po godzinie całkiem go zrzucić. Po pięciu godzinach kolejność postępowania została odwrócona - wróciliśmy do pierwotnego zestawu żagli.

09.05.
Dzień bez słońca, niskie, warstwowe chmury zaciągnęły całe niebo po horyzont. Nie przyniosło to jednak wzrostu siły wiatru. Średnio Karfi robi 5 węzłów. Niestety, to o 1 węzeł za mało, by zdążyć do Cascais na wieczór 11 maja. Po 2200 "rozmieniliśmy" czwórkę - jutro spałaszujemy ananasa.

10.05.
Dziś wiatr obrócił na WSW. Pełny baksztag. Założyliśmy spinakerbom do genuy i kontraszot do grota. Momentami prędkość jachtu wynosi 7 węzłów. Średnio dystans do Portugalii zmniejsza się o 5,6 Mm na godzinę. Po obiadowych klopsikach z kaszą i surówką jemy deser w postaci Tadziowego ananasa. Był pachnący i soczysty, pycha. W czasie kolacji "rozmieniliśmy" trójkę, zostało mniej niż 300 mil. Jednak nadal to zbyt dużo, by zdążyć na 11 maja.

11.05.
To, że nie będziemy dzisiaj w nocy w Cascais, wiemy już od dawna. Część załogi twierdzi, że dojedziemy 12 maja przed północą, a druga część - że 13 maja rano. Chyba trzeba zacząć przyjmować zakłady. Jeżeli nic się nie zmieni, to przed obiadem "rozmienimy" dwójkę. Ciśnienie nieznacznie spada, od rufy przychodzi coraz większa fala. Wszystko to mówi, że powinno przywiać trochę mocniej. Czyżby szykował się niezły finisz? Oj, byle tylko wiatr nie przedobrzył...

12.05.
Dzień jak co dzień. Wielkich zmian pogodowych nie ma. Wiatr średnio 15 węzłów. Słoneczko wstało w normalnym kolorze, chmur nie widać. Rano odwiedziły nas, jak zwykle, delfiny. Jednak ukoronowaniem dnia był wieloryb, i to nie jakiś tam drobiazg 8-metrowy... Olbrzym wynurzył się nagle po lewej burcie w odległości ok. 50 metrów. Jego długość przekraczała dwie długości naszej łódki, i to bez naciągania... Wieloryb zanurzył się na krótko trzykrotnie, wyraźnie nas oglądając, po czym zniknął na jakieś 5 minut, aby znienacka wynurzyć się za rufą. Gdy załoga już poddała się, czekając na kolejne wynurzenie, olbrzym nagle trysnął wielką fontanną po prawej burcie i zaczął płynąć w kierunku naszego dziobu. Załoga wręcz piszczała z zachwytu, a ja i Ewa mieliśmy większego pietra niż podczas sztormu. Baliśmy się, że zwierz zechce otrzeć się o nas. Wieloryb zakręcił dosłownie kilka metrów od dziobu Karfiego pokazując swój długi grzbiet i prychając. Wszyscy oglądali się wokół, załoga radośnie przygotowana z aparatami, kamerami, a my z lękiem czekamy, jak skończy się następne wynurzenie... Po kilku minutach ujrzeliśmy potężną fontannę, ale już z dobre 300 metrów za rufą, po chwili następną jeszcze dalej. Uff, chyba stwierdził, że nie nadajemy się na jego partnerkę lub partnera. Jeszcze przez kilkanaście minut rozglądaliśmy się z Ewą, czy przypadkiem nie wróci, ale wizyta najwyraźniej dobiegła końca. Temat za to był aktualny do wieczora, kiedy wszystko pomału wróciło do rutyny. Kolacja, wachty i odliczanie mil. Przygoda z wielorybem przyćmiła nawet "rozmienienie" jedynki z przodu. Pozostały do końca tylko dziesiątki mil.
Wieczorem wiatr zaczął wiać dokładnie od tyłu. Zrzuciliśmy grota by nie przeszkadzał genui i tak posuwaliśmy się w stronę lądu, który o zmierzchu zaczął do nas mrugać swoimi światłami. Było jednak wiadomo, że 12 maja nie dotkniemy lądu.

13.05.
Wiatr osłabł do 3, około 0400 jesteśmy na wyciągnięcie ręki od Cascais. Płyniemy wzdłuż brzegu z prędkością 3,5 węzła, wszystko wskazuje na to, że będziemy w marinie za dwie godziny. A więc nasza załoga zdąży na swój samolot, który odlatuje o 1115.
Wchodzimy do Cascais razem z wstającym słońcem. Na kei recepcyjnej widzimy następną oczekującą nas załogę, która smacznie śpi zawinięta w śpiwory. Mamy 13 maja. Właśnie mija rok od wodowania Karfiego po jego 15-letnim postoju na lądzie. Dzisiaj zamknęliśmy pętlę wyprawy. 13 listopada 2006 roku opuściliśmy Lizbonę kierując się na południe. Po 6 miesiącach wróciliśmy tu znowu, cali i zdrowi, bogaci w przeżycia i wiedzę, której nie zdobędzie się z książek. Teraz pozostało już tylko wrócić szlakiem praojców do Szczecina i zastanowić się nad wnioskami z tej włóczęgi... CD


© Andrzej Wojciechowski, tel. 696 110005