![]() |
|||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
![]() |
|||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
![]() |
|||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
![]() |
|||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
|
Z
podróży. Azory, cz. XIII
|
|||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
|
|
|||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
|
01 maja
2007, o 1700 weszliśmy do Angra do Heroismo na Tercerii, pierwszej,
historycznej stolicy Azorów. Biorąc pod uwagę że jest to prawdopodobnie
ostatni nasz port na Azorach, najwyższy czas podsumować nasz pobyt
tu. Ale po kolei. Na Gran Canarii dołączył do nas Robi "bosman"
i Jacek. Po zaprowiantowaniu i krótkim wypoczynku wyruszyliśmy 03
kwietnia z Las Palmas z zamiarem dotarcia do Horty w 9 dni. Biorąc
pod uwagę dystans ok. 900 Mm i możliwości Karfiego, wydawało się to
całkiem realne. Prognoza mówiła najpierw o wiatrach 3-4 z SW skręcających
później na W. Po pięciu dniach miało stężeć do 5 i przejść lekko na
WNW. Kurs na Hortę wynosił 320. My przyjęliśmy 300 aby mieć lepszą
wysokość w przypadku konieczności odpadania po zmianie kierunku wiatru.
Początkowo - tzn. pierwszej doby - założenia i prognozy realizowały
się bez przeszkód. Nastrajało to wszystkich optymistycznie. Jednak
w nocy wiatr osłabł na 3 do 2 i więcej nie chciał z siebie dać. Duża
genua umocowana do spinakerbomu pozwalała jednak osiągnąć średnio
3,5 węzła. Ranek nie przyniósł zmian na lepsze, poza pięknie świecącym
słońcem. Drugi dzień minął więc na opalaniu i oglądaniu Pico de Teide,
który cały czas wyraźnie było widać, pomimo 60 mil dzielących nas
od Teneryfy. Następnego ranka wiatr ucichł zupełnie. Pomimo nieszczelności
na łączeniu rurki doprowadzającej paliwo do wtryskiwacza pierwszego
cylindra, uruchomiliśmy silnik. Pracując na 1000-u obrotach uzyskaliśmy
3,5 węzła, co z jednej strony pozwoliło nam wreszcie zgubić z oczu
Teneryfę, a z drugiej ograniczało wyciek ropy do podstawionej puszki,
do kilku kropel na minutę. Tak upłynęły dwie doby. Trzeciego dnia
koło południa silniczek - bez uprzedzenia - przestał pracować. Postawiliśmy
żagielki, czując nawet ulgę, bo byliśmy ciut zmęczeni hałasem i zapachem
maszyny. Tylko Jacek miał nietęgą minę, bo mijała 5 doba w morzu.
My mieliśmy za sobą dopiero 280 mil z haczykiem, a do 12 kwietnia,
czyli dnia startu jego samolotu trzeba pokonać jeszcze przeszło 500
mil. Niecałe 4 doby - w tych warunkach wiatrowych - to trochę za mało
czasu. Zapada decyzja o zmianie portu docelowego. Kurs na Punta Delgada,
dzięki czemu powinniśmy zaoszczędzić przeszło 100 mil. Na drugi dzień
zachodni wiatr dmucha z siłą 4 do 5. Humory wróciły. 09 kwietnia wieczorem
zmieniamy genuę na kliwra. Dmucha szósteczka. Następnego dnia po południu
zmieniamy kliwra na małego foczka. Średnia prędkość wiatru wg wskazań
jachtowych zegarów oscyluje przy 35 węzłach. Po zapadnięciu zmroku
wiatrowskaz pokazuje już 40 węzłów, po czym się zawiesza, wyświetlając
same kreski. Cała noc to jazda w największym skupieniu, żeby nie dać
się zaskoczyć jakiejś wielkiej fali. Całe szczęście, że to baksztag,
chociaż jedna z fal przelewając się przez prawy kosz rufowy powyginała
w niezły paragraf stalowe uchwyty koła ratunkowego. Wraz z brzaskiem
wpływamy w strefę spokoju. Wkoło gęste, ciemne chmury, my w kręgu
błękitnego nieba. Dostaliśmy się do centrum niżu. Wiaterek nie przekracza
wprawdzie 10 węzłów, jednak po pół godzinie dostajemy się w strefę
dość wysokiej fali, która przychodzi z lewego bajdewindu. Czekamy
więc w skupieniu na wiatr, właśnie z tego kierunku. Wykorzystujemy
tę chwilę na konsumpcję kilku kanapek, sprawdzamy pozycję i próbujemy
określić, jak będziemy mogli płynąć przy nowym kierunku wiatru. Z
doświadczenia wiem, że Karfi na małym foczku przy ósemce, maksymalnie
będzie płynął ostrym półwiatrem. Kreślimy hipotetyczny kurs i niestety
wychodzi nam, że dojedziemy najwyżej na Santa Marię. Wszystko zależy
od tego, z jaką siłą wiatru spotkamy się po wyjściu z centrum niżu.
Sprawdzamy zapisy GPS-u z ostatniej nocy. Nie wiedzieliśmy, jaki mocny
był wiatr, ale za to GPS zanotował maksymalną prędkość względem dna.
16 węzłów, to dla 10 metrowego kadłuba teoretycznie niemożliwe. Lepiej
tego nie komentować. Po godzinie spokoju niebo zasnuwa się całkiem
chmurami. Wiatr przychodzi dokładnie z tego kierunku, co fala. Na
początek dmucha siódemka, później osiem. Dodatkowo zaczyna padać.
Karfi utrzymuje kurs na Vila do Porto, jedyny port na Santa Marii.
Najgorsze jest to, że zmiana kierunku wiatru przyszła na 35 mil przed
portem schronienia. Po 9 dniach pobytu na oceanie i przejechaniu przeszło
800 mil, tuż przed finiszem, zaczynamy walczyć, żeby w ogóle trafić
w wyspę. Rosnąca z każdą minutą fala dodatkowo spycha nas na wschód.
Widzimy już wyspę i wiemy, że nie damy rady wejść do portu. Za duży
znos i dryf. Koło południa stwierdzam, że możemy w ogóle nie trafić
w wyspę. Niewesoło, bo jeżeli tak się stanie, to następnym lądem przed
nami będzie Portugalia. Każę uruchomić silnik. O dziwo zaskoczył,
żeby pomóc foczkowi. Dzięki niemu idziemy na wschodni kraniec wyspy.
Z mapy wynika, że jest tam dogodne osłonięte kotwicowisko. To ostatnia
szansa złapania przyczółka na Azorach. Po trzech godzinach wiem już,
że się uda. Jeszcze godzina i chowamy się za wysokim wschodnim brzegiem
Santa Marii. Wiatr wprawdzie nawet tutaj o sile 7 B, ale fali już
nie ma. Płyniemy w odległości 0,5 mili od brzegu. Wyspa jest soczyście
zielona. Widać małe osady składające się z białych domków i tarasowych
poletek usytuowanych na stromych zboczach. |
|||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
|
© Andrzej Wojciechowski, tel. 696
110005
|
|
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||