WIGILIA NA CHOPINIE
Pokład
STS "Fryderyk Chopin", 26 grudnia 2003 r.
Żegluję
już wiele lat, jednak jeszcze nigdy nie spędzałem żadnych świąt poza
domem. Kiedyś zawsze musi być pierwszy raz. Zimą 2003 r. pracowałem
na pokładzie żaglowca "Fryderyk Chopin". Swoją "karaibską"
przygodę zacząłem w Portugalii, gdzie pewnego listopadowego dnia stanąłem
na płycie lotniska w Lizbonie. Później pociąg do Porto i zaokrętowanie
na pokładzie "Chopina". Pokład ten był mi dobrze znany.
Pierwszy raz płynąłem pod pełnymi rejowymi żaglami "Fryderyka"
latem 1998 r. Spędziłem wówczas dwa miesiące na brygu. Wróćmy jednak
do świąt na morzu...
Po
prawie dwumiesięcznym pobycie w Portugalii nadszedł wreszcie dzień,
w którym opuściliśmy tę piękną krainę.
Od rana bieganina. Mocowanie wszystkiego, co ewentualnie może się
samo przemieszczać, czyli przede wszystkim pontony. Kucharz walczy
w kambuzie ształując przywiezione dzień wcześniej zaprowiantowanie.
Nowa załoga urządza się w swoich kabinach.
Wprawdzie mapki pogodowe zapowiadają dość silne wiatry zbliżające
się wraz z niżem, ale jeżeli nie wyjdziemy w ostatnich chwilach względnego
spokoju, to możemy potem nie wyjść jeszcze przez parę dni.
Przed południem przybywa portugalski pilot. Chief uruchamia maszynę,
zdejmujemy trap, oddajemy cumy i w drogę, do Wysp Kanaryjskich.
Morze wprawdzie spokojne, ale dla znacznej części nowicjuszy to za
dużo... "Odpadają" kolejni załoganci. Część załogi leży
pokotem - jedni na pokładzie rufowym, inni w kabinach. Jeszcze inni
niestety wiszą na relingach oddając hołdy Neptunowi.
Wiatr od 3 do 4 w skali Beuforta z kierunków ESE. Stawiamy więc grotsztaksla,
stenkliwra, bramkliwra i przy pomocy silnika powoli wydostajemy się
na głęboką wodę, poza nurt rzeki Tag. Przed nami ocean.
Po paru godzinach dostawiamy na fokmaszcie górnego i dolnego marsla
oraz bramsla, a na grotmaszcie - dolnego i górnego marsla. Maszyny
stop, zaczęliśmy żeglować. Przy prędkości 5-6 węzłów odkładamy na
mapie milę za milą w stronę Madery.
Noc minęła spokojnie. Dostawiliśmy jeszcze bombramkliwra i latacza
z przodu oraz bramsztaksla między masztami. Wiatry średnie. Gdzie
te zapowiadane "sztormy"?
W dzień wyjrzało słońce, przygrzewając coraz mocniej. Na obiedzie
zjawiła się już prawie cała załoga. A obiad - jak na niedzielę przystało
- składał się z rosołu i schabowego, pycha. Po południu postawiliśmy
wszystkie żagle rejowe i powoli - z godziny na godzinę - nasza prędkość
rosła. Najpierw 7 węzłów, później 8 a w końcu ustabilizowała się pomiędzy
9 a 10 węzłów. Widok cudowny - szczególnie z bukszprytu - na lekko
przechylony na prawą burtę żaglowiec, rozbijający dziobem fale. Po
obu burtach i przed dziobem pojawia się stado delfinów, skaczących
co chwilę ponad lustro wody.
Na takiej żegludze minął dzień i cała noc. Ok. godz. 1000 po lewej
burcie ujrzeliśmy pierwszą z wysp archipelagu Madery - Porto Santo.
Widoczność nie jest najlepsza, dlatego zobaczyliśmy od razu potężną,
skalną ścianę, wypiętrzoną wysoko nad poziom morza. Jej wierzchołki
okrywała gęsta mgła i nisko zalegające chmury. Zrzucamy żagle, włączamy
silnik i kierujemy się na Maderę i jej port Funchal.
Wiatr mamy z niekorzystnego kierunku, dokładnie ze wschodu. Wszystkie
dostępne kotwicowiska są nie osłonięte od takiego wiatru i fali. Fala
jest na tyle wysoka, że Kapitan zdecydował się popłynąć wzdłuż wyspy,
żeby znaleźć jakąś cichą zatoczkę, w której możnaby spokojnie spędzić
Wigilię.
Tak, to przecież już jutro. Moja pierwsza Wigilia poza domem, z daleka
od bliskich.
Płyniemy wzdłuż południowego wybrzeża Madery. Wydaje się, iż wystarczy
sięgnąć ręką i dotknie się tych pięknych, surowych, wysokich, skalistych
klifów i rozsianych kaskadowo idyllicznych miasteczek. Widać małe
wodospady, które z wysokości kilkuset metrów spadają po skałach do
morza. Widać ludzi, którzy stają na brzegu i przyglądają się naszemu
"Fryderykowi".
Ok. godz. 1700 jesteśmy na przeciwległym krańcu Madery, niestety żadne
z dostępnych kotwicowisk nie odpowiada Kapitanowi ze względów bezpieczeństwa.
Zapada decyzja - płyniemy dalej, na Wyspy Kanaryjskie.
Żegnaj Madero, wprawdzie nie stanąłem na Twoim lądzie, ale wydaje
mi się, że zwiedziłem dużo dokładniej południowe wybrzeże wyspy -
przez lornetkę - niż niejeden turysta z lądu.
Zaczęło się ściemniać i cała wyspa rozbłysnęła kaskadą świateł, lejących
się w stronę morza. Wyglądało to jak świecąca, płynąca lawa, która
schodzi z gór nad sam brzeg, gdzie wpadając do wody gaśnie. Dokładnie
takie wrażenie pozostawia ten widok.
Obiecałem sobie, że wrócę tu na dłużej. Może jachtem, z kimś, kogo
również zachwycą te widoki.
Żaglowiec został ustawiony na kurs i życie wróciło do normy. Wszyscy
byli zajęci szykowaniem potraw na Wigilię i robieniem porządków.
Dzień wigilijny przywitał nas słoneczną pogodą i prawie brakiem wiatru.
Nie dostawialiśmy większej ilości żagli, żeby kucharz mógł wykazać
się swoim kunsztem. Jednak pomimo tego, że nieśliśmy tylko kliwry,
sztaksle i dwa rejowe marsle na fokmaszcie, to i tak co chwila było
słychać brzęk tłuczonego szkła. To martwa fala dawała znać o swoim
istnieniu, uświadamiając nieprzyzwyczajoną załogę, że niepilnowane
naczynia lubią "wędrować".
Pomimo świątecznego zamieszania wokół, nie odczuwam, że to Wigilia.
Słońce grzeje, jest ok. 20 stopni, brak najbliższych (z niektórymi
już nigdy się nie spotkam)... Po prostu kolejny dzień w morzu.
O 1830 wystrzałem z armatki, którą mamy na Chopinie, rozpoczęliśmy,
zgromadzeni na rufie, Wigilię.
Kapitan przeczytał fragment z biblii, mówiący o narodzinach Jezusa,
po czym rozdano opłatek i zaczęliśmy życzyć sobie nawzajem wszystkiego
najlepszego.
Kolacja jak na warunki morskie była dość obfita, z tradycyjnym barszczem,
rybą i sałatką.
Byliśmy cały czas w drodze, więc normalne wachty, łącznie z tym, że
ok. 0200 w nocy zrzucaliśmy i klarowaliśmy największego rejowego foka.
Pierwszy dzień świąt uraczył nas słoneczną, prawie bezwietrzną pogodą.
Zwinęliśmy wszystkie żagle i na silniku obraliśmy kurs bezpośrednio
na Teneryfę. Powinniśmy tam dotrzeć po południu drugiego dnia świąt.
Tym większe było moje zdziwienie, gdy wstając rano zobaczyłem wejście
do portu Santa Cruz na Teneryfie.
Okazało się, że na nocnej wachcie jeden z załogantów próbował wyskoczyć
za burtę. Słaba psychika? Może... Chłopakom udało się go złapać w
ostatniej chwili. Po konsultacji z lekarzem, kapitan postanowił całą
naprzód gnać do portu, aby delikwenta odstawić do szpitala.
I tak, bez zapowiedzi, przed południem drugiego dnia świąt stanęliśmy
na Wyspach Kanaryjskich.
Jutro normalny dzień pracy, ale myślę, że uda mi się wybrać do miasta
i osobiście poczuć oddech przedsionka
latynoskich krain.