![]() |
||||||||||||||||||||||||||
![]() |
||||||||||||||||||||||||||
![]() |
||||||||||||||||||||||||||
![]() |
||||||||||||||||||||||||||
|
|
||||||||||||||||||||||||||
|
Najprostszym
sposobem dotarcia na Azory jest...lot samolotem. Regularne rejsy odbywają
się na trzy wyspy: Sao Miguel, Terceirę i Faial. My jednak wybraliśmy
drogę morską, pokonując na początku kwietnia 2007 roku jachtem około
1000 Mm z Las Palmas na Gran Canarii do Vila do Porto na Santa
Marii. Pomimo tego, że archipelag zewsząd otoczony jest wodami
Atlantyku, nie ma, niestety, połączeń promowych. Porty Wysp Azorskich
odwiedzane są jedynie przez wielkie pasażerskie wycieczkowce i przez
żeglarzy. Trafiają tu głównie ci, którzy po zimie spędzonej na Karaibach
wracają wiosną do Europy. Położenie wysp - około 2110 Mm od Nowego
Jorku i około 760 Mm od Lizbony - powoduje, że archipelag stał się
naturalnym przystankiem dla żeglarzy chcących odpocząć i nabrać sił
do dalszej przeprawy przez Atlantyk. Azory należą do Portugalii. Jako
Polacy nie mamy więc problemów z pobytem na którejkolwiek z nich.
Kolejny raz odczuliśmy, jak wspaniałym "wynalazkiem" jest
Unia Europejska. Wystarczy, że posiadasz przy sobie dowód osobisty
i możesz poczuć się jak u siebie. Następnym plusem archipelagu azorskiego
jest klimat. Statystycznie temperatura na przełomie stycznia i lutego
nie spada poniżej 13°C, natomiast latem nie przekracza 23°C. Temperatura
wody w oceanie waha się od 17°C do 24°C. Można więc uznać, że jest
to kraina ciągłej wiosny. Dość częste opady deszczu zimą, od czasu
do czasu wiosną i jesienią oraz piękne błękitne niebo latem powodują,
że wyspy ukazują się nam jako soczyście zielone wzgórza, z których
biorą swój początek potoki i strumienie. Wijąca się wśród bujnej zieleni
woda dopływa do urwiska, po czym spada do oceanu z wysokości kilkudziesięciu
metrów, rozbijając się na dole w pył wodny tworzący lokalne tęcze.
Oczywiście w tym pejzażu nie może zabraknąć małych białych domków,
przyklejonych do zboczy urwisk. Domki te tworzą małe osady dochodzące
do samego brzegu oceanu. Każda osada ma swój mały kościółek ze strzelistą
wieżyczką, na której szczycie znajduje się dzwonnica. To są właśnie
najbardziej przez nas poszukiwane miejsca. Spośród 9 wysp archipelagu
najbardziej odwiedzane przez turystów są S. Miguel i Terceira. To
tam powstały największe hotele i ośrodki rekreacyjne z polami golfowymi,
kortami tenisowymi i z możliwością zorganizowania każdej atrakcji
turystycznej od nauki nurkowania do wyprawy w głąb wulkanicznego krateru.
Jednak pomimo tego jest tam również miejsce dla indywidualnego "wszędołaza".
Ogromna ilość dolin, jaskiń, wzgórz z pięknymi panoramicznymi widokami,
niewielkich osad zagubionych w gąszczu zieleni, pozwala poczuć się
prawie jak pionier tych ziem. Kiedy udamy się na pozostałe wyspy odkryjemy
w sobie prawdziwą żyłkę odkrywcy. Zawijając na niektóre z nich np.:
Santa Marię czy też Graciosę
czuliśmy się jak wielcy odkrywcy. Z jednej strony witał nas widok
dziewiczej zatoki otoczonej wysokimi skalnymi urwiskami, gdzie nie
było widać ani jednego jachtowego masztu, a z drugiej ludzie, którzy
witali nas, jak byśmy rzeczywiście byli pierwszymi ludźmi, którzy
do nich dotarli. Zresztą witający nas w Vila do Porto policjant powiedział,
że jesteśmy w tym roku pierwszym jachtem, który ich odwiedził. Podkreślam,
że do Santa Marii dotarliśmy w połowie maja. Pozostając jeszcze przy
naszym przyjacielskim policjancie to był on najlepszym przykładem
życzliwości mieszkańców tych wysp. Musicie wiedzieć że Vila do Porto
nie miała jeszcze gotowej mariny. Plany oddania jej do eksploatacji
przewidywały uruchomienie wiosną 2008 roku. Stanęliśmy więc przy głównym
falochronie usypanym z olbrzymich głazów, który od środka miał wylaną
betonową keję. Oczywiście poza możliwością przyklejenia się do niej,
nie było żadnych innych udogodnień. Za nami był 10 dniowy przelot
z Wysp Kanaryjskich. Woda w zbiornikach była na ukończeniu, akumulatory
były na granicy eksploatacyjnych możliwości, a wnętrze jachtu przesycone
było "słoną wilgocią", którą odczuwało się przy każdym dotknięciu,
którejkolwiek części jachtu lub jego wyposażenia. W takim stanie dotarliśmy
- w niedzielę - do brzegów zielonej wyspy. Po przedstawieniu naszych
problemów wspomnianemu już policjantowi, szczerze mówiąc nie mieliśmy
jakiś wielkich nadziei, że cokolwiek uda się uzyskać. Jednak w odpowiedzi
usłyszeliśmy "no problema". Po pół godzinie policyjny pick
up wrócił z jeszcze jednym pasażerem. Okazał się nim pracownik firmy
zarządzającej nabrzeżem. Do miejsca gdzie można było się podłączyć
do prądu mieliśmy ok. 150 metrów. Oczywiście nie mieliśmy aż tak długich
przedłużaczy. Uśmiechnięty pracownik powtarzając co chwila "no
problema" rozwinął swój przedłużacz i po chwili byliśmy już podłączeni
do 220V. Podobnie było ze słodką wodą. Na koniec umówiliśmy się, że
jak będziemy odpływać to pracownik przyjdzie spisać licznik i nas
odłączy. Wyobraźcie sobie nasze zdziwienie gdy w chwili wyjazdu nasz
znajomy pracownik przyjechał ze swoim kierownikiem, który patrząc
na wskazania licznika zapytał się czy za rok tu przypłynę, bo na razie
jestem winien 2,18 euro i szkoda w ogóle wypisywać kwitu na tę kwotę.
No cóż, umówiliśmy się, że na pewno tu wrócę, może nie za rok, ale
na pewno wrócę. Nasz policjant natomiast umówił się z nami na poniedziałek.
O 1000 na keję przyjechał pick up i zabrał mnie do kapitanatu, gdzie
formalnie przyjęto mnie jako przybywającego na Azory z zewnątrz. Krótkie
formalności zakończone zostały wystawieniem tzw. dokumentu pobytu
jachtu i załogi na archipelagu. Dokument, który nazwaliśmy "opłatą
klimatyczną" był wystawiony na 6 miesięcy i opiewał na jednorazową
kwotę 2,48 euro. W każdym innym porcie archipelagu wystarczyło go
pokazać, aby mieć spokój z jakimikolwiek formalnościami. Oczywiście
po 20 minutach zostałem odwieziony na jacht. Otrzymałem jeszcze nr
telefonu na wypadek jakichkolwiek problemów i życzenia miłego pobytu
na wyspie. Na koniec dodam, że za postój też nie musieliśmy płacić.
Równie miłą przygodę przeżyliśmy na Graciosie, gdzie znowu byliśmy
jedynym jachtem. Siedząc w kokpicie i popijając poranną kawę zagadnęliśmy
wpływającego rybaka, czy ma ryby. Kiwnął głową, że tak i dał znak
ręką żebyśmy podeszli do niego jak zacumuje. Po kilku minutach byliśmy
przy kuterku. Nasza rozmowa głównie odbywała się na migi, bo angielski
nie był tam zbyt znany. Ustaliliśmy więc ilość i wielkość ryb, które
nas interesowały, po czym właściciel kuterka zapakował nam je do reklamówki.
Na pytanie "quanto custa" czyli ile kosztują usłyszeliśmy
"nada", czyli nic. Musieliśmy mieć głupie miny, bo rybak
uśmiechnął się do nas, machnął ręką i jeszcze raz powiedział "nada"
i sakramentalne "no problema". W takiej atmosferze "odkrywanie"
niepowtarzalnych krajobrazów ma dodatkowy smaczek nierealności otaczającego
nas świata. Ale wróćmy do samych wysp, ich historii, przyrody i kultury.
|
||||||||||||||||||||||||||
|
© Andrzej Wojciechowski, tel. 696
110005
|
||||||||||||||||||||||||||